Ocena wątku:
  • 3 głosów - średnia: 5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Pustkowia Equestrii 2.0
#21
No ja kurwa mać pierdolę. Była to jedna z myśli która zajmowała w tej chwili najwięcej miejsca w mózgu Blue. Siedziała ona za skałą pośpiesznie przeglądając swój ekwipunek szukając czegoś czym będzie mogła w miarę cicho pozbyć się kłopotliwego elementu. Już sięgała po młotek znajdujący się w torbie, gdy do jej uszu dotarły słowa ich przeciwnika a chwilę potem dość specyficzyny odgłos sugerujący wykonywanie pewnej czyności.

Blue siedziała za skałą nie wieżąc w swoje szczęście. Tak łatwo wywinąć się z tak beznadziejnej sytuacji, wydawało się to aż za łatwe. Otwierając okno swoich statystyk zaczeła przeglądać rzędy cyfr w poszukiwaniu pewnych wartości. Nope. L w S.P.E.C.I.A.Lu bez zmian miało wartość równą 6. To znaczy że albo zebra ma na 10 albo pustkowia zaraz zjebią jej coś na łęb. W każdym bądź razie, teraz była bezpieczna.

Gdy tylko strażnik oddalił się na bezpieczną odległość, podniosła się ona z ziemi i wychyliła się za skałę rozglądając się za zebrą. Długo jej nie zajeło zloka1izowanie znacznika na jej chowającym się za patykiem towarzyszu. Ruszając tym razem powoli i ostrożnie by nie narobić hałasu przemieściła się ona do przewróconego drzewa które było w tym momęcie kryjuwką dla Xandera.

- Xander, - odezwała się szeptem – tamten już sobie poszedł. Wstawaj i zmywajmy się z tąd zanim ktoś kolejny postanowi z toalety skorzystać. - po czym odrróciła się w strone wzgórza i wznowiła wspinaczkę.
#22
Xander leżał nieruchomo słuchając tupania ich przeciwnika, po jakimś czasie stukot ustał, a kuc się odezwał oznajmiając że ma halucynacje. Potem oddalił się nieco by załatwić potrzebę fizjologiczną. Nie był to miły dźwięk dla uszu zebry, która miała teraz wyostrzony słuch. Rzekomy strażnik skończył i zaczął się oddalać, kiedy odgłos oddalających się kroków ucichł kompletnie młodzik cicho odetchnął. Jednak nie zamierzał się jeszcze ruszać z miejsca. Pustkowia zdążyły go nauczyć że cierpliwość popłaca.

Po chwili ogier znowu usłyszał kroki, tym razem cichsze i wolniejsze, znajdowały się blisko i co grosza zbliżały się do niego. Cholera, cholera, cholera... Mam przejebane jeśli mnie znajdzie. Muszę być szybszy. Młodzik otworzył oczy i przygotował się do skoku na kolejną postać która się pojawi. Kiedy usłyszał głos Blue rozluźnił mięśnie i odetchną. Potem wstał i popatrzył na towarzyszkę. - Kuźwa nie strasz mnie tak... - Pokręcił lekko głową i przy okazji z rękawa wyciągną najdłuższe ostrze jakie miał i zatkną je do kabury z pistoletem. Na wszelki... - Dobra, spadajmy.
#23
Zwiadowcy ruszyli w górę zbocza. Wspinaczka nie należała do najtrudniejszych, ale spacerkiem też nie była. Zarówno zebra jak i jednorożec mieli trudności ze swobodnym oddychaniem po chwili dość szybkiego, ale i ostrożnego wspinania się na wzniesienie.

Po krótkim czasie, pozbawionym na całe szczęście niespodzianek, byli już niemalże na szczycie. Wtedy dopiero udało się Blue zidentyfikować, co się na tymże szczycie znajdowało. Wyglądało na to, że kiedyś stała tam wieża radiowa. Czas przeszły powinien być nałożony zwłaszcza na słowo "stała", bo teraz wieża też tam była. Tylko że leżała w kawałkach, tworząc chaotyczną plątaninę metalu.

Cisza nocy powoli ustępowała innym odgłosom: wyglądało na to, że mimo pory bliższej porankowi niż wieczorowi, nie wszyscy w osadzie spali. Słychać było rozmowy, jednakże bez możliwości rozróżnienia słów. Innym odgłosem słyszalnym dla obojga zwiadowców był ten dobrze znany jednemu z nich: szczęk łańcuchów.

EFS Blue w tej chwili przestawał być przydatny do lokalizacji przeciwnika. Sygnatur było zbyt wiele, by można było odróżnić pojedyncze bez dłuższego przyglądania się wskazaniom zaklęcia. Jednego klacz mogła być pewna: większość sygnatur znakujących istoty pokojowo nastawione skupiona była w jednym miejscu, z paroma wyjątkami. Przeciwnicy byli rozproszeni po całym obszarze. Czerwonych sygnatur było co najmniej 10 w zasięgu zaklęcia, nie można było dokładniej tego ustalić bez bezpośredniego zwiadu.

Nic nie wskazywało na to, aby ktokolwiek interesował się szczytem pokrytego poskręcanym złomem wzgórza. Do tej pory nie było patrolu, nie było pułapek, nie było kolejnej latryny strażników. Pozostawało pytanie, czy ryzykować przejście przez ruiny wieży radiowej?
Matematyka wcale nie jest trudna. Po prostu jesteś debilem.
#24
Po przedziwnym i wprost inspirującym do stworzenia kilku rysunków przez narratora tego postu manewrze Iron jakoś grzmotnęła White na deski wozu po czym sama położyła się przezornie po drugiej stronie i podsumowała dzisiejszy dzień pod kątem pozytywnym. Tymczasem jej powieki stawały się ciężkie niczym jej stuff z juków, ostatecznie zasnęła po kilku minutach i leżała skulona cicho pochrapując.

Sny jej zahaczały o surrealistyczne obrazy świata, wyobrażenia o tym co było kiedyś i co będzie w przyszłości. Mniej więcej w połowie snu wszystko przerodziło się w intensywny koszmar który trwał dość długo i zawierał wszystkich jej najgorszych wrogów, obrazy domu oraz wszelakie jej zbrodnie.
Chcąc nie chcąc wybawieniem z snu była Rain która zaczęła macać Iron. Najpierw te impulsy zmieniły się tylko w lekkie skurcze mięśni ale potem Iron obudziła się i zobaczyła... kogoś.

Instynkt przetrwania kazał jej w ułamku sekundy wyciągnąć pistolet i wymierzyć w głowę intruza. Dopiero po rozwianiu się mgiełki w umyśle Iron dokonała szybkiej identyfikacji i kategoryzacji: Rainfall - Na razie nie zabijać.
Po tym schowała pistolet i cicho rzuciła: - Chodźmy. I wybacz mi ten niemiły gest z bronią ale tak jakoś samo z siebie wyszło. - Po tych słowach pomału tak by nie robić hałasu zeszła z wozu i zaczęła obmyślać sprytny plan patrolu.

Wymyśliła kilka alternatyw i po odrzuceniu tych najgłupszych rzuciła pytanie: - Rozdzielamy się i rozpoczynamy patrol od punktu zbornego czy idziemy razem?
Na wstępie mówię że jak jesteśmy razem to mamy mniejsze szanse na ewentualne stracenie życia, a z kolei idąc osobno mamy większe prawdopodobieństwo dostrzeżenia czegokolwiek podejrzanego.
[Obrazek: cgnimLq.png]
#25
Blue powoli wdrapała się na szczyt wzgórza. Stając na górze rozejrzała się dookoła. Denerwowała już ją ta plama czerwieni na EFSie, było ona zdecydowanie za duża jak na ich dwoje i jej humoru nie poprawiały nawet te pozytywnie nastawione do niej kreski. Robiąc kilka kroków do przodu podchodząc do jednego z najbliższych kawałków wieży które najwyraźniej pokrywały cały szczyt wzgórza zdecydowanie utrudniając poruszanie się po nim. Wygląda na to, że żeby dostać się bliżej celu, będą się musieli przedrzeć przez to wszystko. Nie podobało się jej to wszystko, jak na razie mieli oni szczęście, BARDZO dużo szczęści i w każdej chwili mogło się to zmienić.

Stałą ona tak przez chwilę przyglądając się pogiętym kawałkom metalu gdy do jej uszu dobiegł pewien odgłos. Odgłos za którym zdecydowanie nie przepadała. Siadając na zadzie zaczęła prawym kopytem masować kostkę na lewym biorąc kilka głębokich wdechów przy okazji żeby się uspokoić i zepchnąć niektóre myśli w głąb umysłu.

- Masz jakiś pomysł? - zapytała się zebry nawet nie upewniając się czy ona stoi w zasięgu słuchu – Mamy tam co najmniej dziesięciu przeciwników rozproszonych pomiędzy budynkami i przynajmniej jednego na dachu który mnie najbardziej w tym momencie denerwuje. Możemy mieć tylko nadzieję, że nie odstrzeli nam łba jak się wychylimy. Jest też tam spora grupka czegoś, co jest do nas pokojowo nastawione, i sądząc po odgłosach stamtąd dobiegających, mogą oni być w nie najlepszym stanie.
#26
Po chwili nie do końca lekkiej wspinaczki, Xander oraz jego błękitna towarzyszka byli na szczycie wzniesienia. Ukazała mu się wtedy plątanina metalu, która była najpewniej jakąś przedwojenną konstrukcją. Do jego uszu dobiegały teraz różne odgłosy pochodzące z osady. Wypełniły go one mnóstwem zwątpienia, co do dalszych planów ich operacji. No ładnie. Więc mamy tam pewnie jeszcze więcej strażników takich jak tamten. Jeśli byśmy tam zeszli to mielibyśmy naprawdę marne szanse...

Młodzik ruszył za Blue, która stanęła przy kawale pogiętego złomu. Ze szczytu nie mógł wiele wypatrzeć, więc zaczął się przyglądać swojej towarzyszce w zadaniu. W pewnym momencie jego uwagę zwrócił gest który wykonała klacz. Zaczęła ona masować swoje kopyto przy akompaniamencie głębszych oddechów. Młodzik nie wiedział co to mogło oznaczać, mógł jedynie zgadywać. Czyżby wracała nieprzyjemna przeszłość...? Morze coś innego? Sekundę później klacz jednorożca zadała mu pytanie i objaśniła ich aktualną sytuację. Jasna cholera skąd ona ma te informacje...? Ech, kolejne pytanie na potem...

Młodzik przez chwile się zastanawiał i analizował wszystko w umyśle. - Jestem z tych którzy wolą unikać starć. Więc mamy co najmniej dziesięciu przeciwników. Wychodzi po pięciu na głowę. Jeżeli byśmy zeszli niżej to mamy marne szanse. Moja kurtka i twój sweter nie dają nam żadnej ochrony. A moje parszywe szczęście się już chyba wyczerpało na tamtego poprzedniego strażnika. Po za tym nie wiem co planujesz. Jeżeli mielibyśmy uszczuplić szeregi przeciwników to zdjęlibyśmy może dwóch trzech, ale potem pewnie byśmy wpadli i by było po nas. Jeżeli już walczę, to metodą podchodów. Uderzam, chowam się i znowu. Ale zazwyczaj robiłem to na swoim terenie i swoich zasadach.A jeśli chcesz uwolnić "to coś" to też nie jest dobry pomysł. Dużą grupę jest dużo łatwiej wypatrzyć i trzeba unikać strażników. - Xander na chwile zamilkł, przez co nastała chwila niepewnej ciszy.

Młodzik podszedł bliżej do klacz i popatrzył jej prosto w oczy, po czym odezwał się łagodnym i spokojnym głosem. - To w końcu twoja misja, więc jakby nie patrzeć to ty tu dowodzisz. Możesz użyć tej swojej lornetki w oczach, czy co ty tam masz i ich wypatrzeć. Ale ja bym odpuścił dalsze ryzykowanie tyłka. Sądzę że w obozie bardziej przydasz się im żywa.
#27
Blue siedziała słuchając co Xander ma do powiedzenia i musiała mu przyznać rację, to była jej misja i to ona musiała tu podjąć decyzję. Mogła ona mieć tylko nadzieję, że jej wybór nie będzie kosztował kogoś życie. Następne jej decyzje musiały być dobrze przemyślane i bezbłędnie wykonane.

- Czyli proponujesz partyzantkę. - stwierdziła ona odwracając głowę w kierunku zebry – Nie jest to może najlepsza taktyka, ale na pewno na tym wyjdziemy lepiej niż na frontalnym ataku. Ale nadal potrzebujemy więcej informacji. Proponuje jak na razie przedrzeć się przez tą górę stali i przyjrzeć się naszemu celowi dokładniej. Przydało by się wiedzieć dokładniej z czym mamy do czynienia zanim i dopiero wtedy zdecydujemy czy schodzimy na dół czy uciekamy.-wstając z ziemi, Blue się otrzepała z piachu i powoli ruszyła przez pozostałości wieży ostrożnie stawiając każdy krok.

- A, i trzymaj się cieni i nie wychylaj łba za bardzo. Nadal nie wiemy w co jest uzbrojony ten koleś na dachu, a nie chciała bym żeby rozwalił ci ten ładny pyszczek.
#28
Xander słuchał decyzji jaką podjęła Blue. Przytakną na na to co mieli teraz zrobić. Podejście bliżej to nie jest jeszcze straszne narażanie się... Ale jeśli będziemy schodzić do wioski może być problem. Ale nawet jeśli, to przecież jej samej nie zostawię... Wyszedłbym na kompletnego tchórza. Cholera. Z krótkiego zamyślenia młodzika wyrwała go zaskakująca uwaga błękitnej klacz. - "... Nadal nie wiemy w co jest uzbrojony ten koleś na dachu, a nie chciała bym żeby rozwalił ci ten ładny pyszczek." - Słowa "ładny pyszczek" jeszcze przez chwile odbijały mu się echem wewnątrz głowy. Zaczął on się lekko rumienić, chciał coś powiedzieć lecz tyko nieco otworzył pyszczek, z którego nie wydobył się żaden dźwięk.

Szybko zakrył on pyszczek kopytem i cicho odkaszlnął. Noooo... Tego to się akurat nie spodziewałem. - Nie musisz mnie uczyć jak się chować... Poza tym, to ja tu mam naturalny kamuflaż. - Odpowiedziała zebra, z lekkim uśmiechem w głosie, ruszając za klacz jednorożca.
#29
Dwójka zwiadowców ruszyła przez szczyt wzgórza, ostrożnie poruszając się wśród pogiętego i zardzewiałego metalu. Każdy krok niósł ze sobą ryzyko nadepnięcia na niewłaściwy fragment gruntu bądź wieży. Czyli także ryzyko zaalarmowania strażników hałasem albo, co gorsza, zrobienia sobie czegoś zanim w ogóle zebrali jakiekolwiek informacje usprawiedliwiające ryzyko tak głębokiego zwiadu.

Pordzewiałe pręty w niektórych miejscach były przełamane bądź niepewnie umieszczone, stwarzając ryzyko nadepnięcia bądź też upadku na ostry szpikulec. Mimo tego, klacz jednorożca i młody ogier zebry przedzierali się przez niebezpieczny teren, by wykonać misję.

W połowie drogi ich misja niemalże zakończyła się na tym przejściu. Xander potknął się i upadł wprost na fragmenty wieży. Pechowo, jeden z ostrych szpikulców przejechał między jego tylnymi nogami, znacząc swoją obecność bolesną linią na skórze i mijając ledwie o centymetry organy o wiele czulsze niż sama skóra. Szczęście w nieszczęściu, upadek nie spowodował poważniejszych przesunięć w strukturze ruin wieży i nie wywołał żadnego hałasu mogącego zaalarmować załogę wioski.

Ogier nie czuł też charakterystycznego uczucia krwi spływającej po sierści, co pozwalało sądzić, że rana wywołana przez pechowy upadek była jedynie zadrapaniem.

Mimo utrudnień, po chwili w polu widzenia Blue, a chwilę później idącego za nią Xandera, pojawiło się nieco więcej niż tylko jeden przedwojenny budynek.

Powojenna zabudowa była nieregularna i składana ze wszelkich możliwych materiałów o wysokim współczynniku dostępności w okolicy. Budynki były przeróżnych rozmiarów i kształtów, zbudowane z metalu, kamienia, gdzieniegdzie nawet z drewna. Często dokańczane innymi materiałami, stanowiły typowe przykłady "architektury" powojennej z rodzaju "nieważne jak, byle stało".

Pośród labiryntu krętych uliczek i małych podwórek przy chatach, wyraźnie wyróżniało się coś w rodzaju głównego placu osady. Plac ten ułożony był mniej-więcej na planie prostokąta, stanowił też największy otwarty obszar wewnątrz osady.

Na tymże placu paliły się ogniska... i stały klatki. Właśnie w tych klatkach i ich bezpośredniej okolicy skupione były przyjazne sygnatury EFSa Blue. Wyglądało na to, że byli to oryginalni mieszkańcy wioski. Część była pozamykana w klatach różnego typu i rozmiaru, ale większość była zakuta w łańcuchy obok tychże klatek i pilnowana przez strażników.
Na placu przebywało ponad trzydziestu więźniów, z których większość aktualnie spała.

Co prawda "pilnowanie" w tym przypadku składało się na obozowanie na krzesłach koło ogniska i granie w karty, czemu poświęcała się trójka kucyków oznaczonych ostrą czerwienią na zaklęciu PipBucka.

Dwie klacze, jedna kucyka ziemnego a druga jednorożca, oraz ogier ziemny. Uzbrojeniem klaczy jednorożca, mającej grzywę postawioną w jaskrawoczerwony irokez, była najwyraźniej siekiera spoczywająca oparta o jej krzesło, częściowo owinięta w ogon tejże.
Ogier miał na sobie siodło bojowe z karabinem szturmowym, uzbrojenie trzeciego kucyka było niewidoczne z tego kąta.

Prócz tego widoczny był jeszcze jeden strażnik, siedzący na podobnym krześle koło jednej z klatek, oddalonej od pozostałych. W klatce przebywał tylko jeden kucyk: czarnogrzywy ogier kucyka ziemnego, mający nieco więcej miejsca dla siebie niż pozostali więźniowie.

Ze swojego miejsca obserwacji zwiadowcy nie widzieli żadnego innego strażnika. Sygnały na EFSie niebieskiej klaczy jednak były wciąż obecne, co sugerowało, że reszta najeźdźców przebywała w budynkach. Przy niektórych z tych czerwonych sygnatur były te w bardziej przyjaznym kolorze.



Maksim otworzył oczy. Zamrugał gwałtownie parę razy, by uzyskać ostrość obrazu. Powitał go dokładnie taki sam widok jak poprzednim razem. I poprzednim. I poprzednim...
Widokiem tym było wnętrze klatki.

Czarnogrzywy ogier był całkowicie nagi, a jego ciało było obolałe od bicia i innych, kreatywnych metod tortur przez ostatnie dni. Na całe szczęście, o ile w takiej sytuacji można mówić o szczęściu, oprawcy unikali czynności mogących doprowadzić do trwałego uszkodzenia ciała.

Był obolały, głodny, a, co w tej chwili najbardziej mu przeszkadzało - spragniony. Zauważył w rogu klatki miskę z wodą. Chyba doszli do wniosku, że lepiej go napoić tym razem. Co prawda niemalże na pewno woda nie była oczyszczona, ale lepsza taka niż żadna.

Przy każdym ruchu czuł protesty swojego ciała. Chłodny powiew wiatru wywołał uczucie dyskomfortu na karku, aktualnie pozbawionym sierści przez oprawców. Ogier był niemalże pewien, że wygolili na nim jakiś kształt albo napis, ale z oczywistych powodów nie miał możliwości sprawdzenia, co dokładnie tam było.

- Spójrzcie, kto się obudził... - usłyszał wysoki głos ogiera. Tego, co zazwyczaj. Fioletowogrzywy jednorożec, na którego wołali "Punchy". Prawdopodobnie miało to jakiś związek z kopytem wspomaganym noszonym na prawej przedniej nodze przez ciemnozielonego kucyka.
To właśnie Punchy był przy nim najczęściej przez ostatnie dni. Był odpowiedzialny za wiele z dalej bolących punktów na jego ciele, choć na szczęście jeszcze nie zdecydował się na połamanie mu kości hydraulicznie wspomaganym ustrojstwem noszonym na kopycie.

Był też, wraz z dwoma innymi kucykami odpowiedzialny za pewne rany, o których Maksim chciał jak najszybciej zapomnieć. Co było ciężkie, gdy sprawca był przy nim niemalże za każdym razem, gdy tylko się obudził. A budził się w różnych porach. Powodów ku kompletnemu zaniknięciu cyklu dnia i nocy u ogiera mogło być kilka, ale żaden nie był nawet pewien.

To pozostawiało biednego kucyka w takiej samej sytuacji jak przez poprzednie dni.
Matematyka wcale nie jest trudna. Po prostu jesteś debilem.
#30
Pistolet. Jak miło.

Przez te wszystkie lata na Pustkowiach, każdy kucyk uczył się przynajmniej dwóch zasad. Pierwsza z nich głosiła: nie ufaj nikomu. Druga zaś mówiła chyba coś o broniach, ostrożności i śpiących kucykach. Wychodziło na to, że Rain, jako niespotykanie ufny i niemądry kucyk, nie była w stanie trzymać się żadnej z tych zasad.

Zauważywszy lufę krótkiej broni Rain niemalże instynktownie odskoczyła trochę w bok, trochę do tyłu... w rezultacie prawie wypadając z wozu. ZNOWU. Na szczęście klacz owa musiała w innym życiu rozbić bank szczęścia, bowiem nie znalazła się nawet na skraju wozu.

Po krótkiej chwili obie najwidoczniej ogarnęły sytuację. Iron przy tym przeprosiła za tę -jakże słuszną - reakcję, uprzednio jednak - przy pomocy krótkiej komendy - ponagliła Rain do pójścia z nią. Ta, zostawiwszy popielatej obmyslanie taktyki, po prostu wykonała to polecenie.

Nie potrwalo to długo. Nie jest w końcu niczym czasochłonnym obmyślenie planu patrolu tak niewielkiego obszaru przez dwa kucyki. Pozostała jednak kwestia, czy idą obie na raz, czy osobno. Jakkolwiek sensownie byłoby się rozdzielić - zabezpieczenie większego terenu, nie wchodzenie sobie w drogę i, co najważniejsze, teoretycznie niskie prawdopodobieństwo kłótni - tak i pójście razem miało swoje plusy: większa szansa na dostrzezenie czegoś podejrzanego czy chociażby o wiele mniejszy poziom nudy, tak bardzo znienawidzonej przez ciemnoniebieską. No i może będzie kogo przytulić. Ale to tylko w razie nieznośnego chłodu.

Wygrał fakt, że kolejne kilka godzin będzie łaziła w ciemności na kompletnym zadupiu. - Chodźmy razem. Same gówno zobaczymy, a razem być może dostrzeżemy takie, które nie świeci - skomentowała krótko, po czym udała się poza okrąg obozowiska, w praktycznie nieprzenikalną ciemność.

-Planujesz coś po dojściu na miejsce?- spytała zdawkowym tonem, uprzednio ciężko wzdychając. Postanowiła porzucić kwestię wyprawy do podziemi... póki co.
Pięć warunków dobrego tłumaczenia:
Pierwszy: Znajomość języka i umiejętne jej wykorzystanie
Drugi: Możliwość poświęcenia się tłumaczeniu w czasie wolnym
Trzeci: Niewyobrażalny zapas chęci oraz samozaparcia
Czwarty: Znajomość uniwersum
Piąty: Odczuwanie przyjemności z tego, co się robi.

Każdy z tych warunków można porównać do części w mechanizmie zegarka: Brak jednej z nich powoduje zatrzymanie się całości.


Opad: Konioziemia - Projekt Horyzonty!




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości