Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Karta postaci Black Rose [Accepted]
#1
Historia:

Było to ciemne pomieszczenie o nieznanych wymiarach oświetlone jedynie przez jedną starą lampę rzucającą okrąg światła na podłogę. Światło to jednak sprawiało że pokój był jeszcze bardziej mroczny, a ciemność dookoła nieprzenikniona. Tuż pod samą lampą, w centrum świetlistego koła, siedział kucyk. Był on brudny, co nie było niczym dziwnym na pustkowiach, lecz on był ubrudzony w specyficzny sposób. Jego zielone futro miało mnóstwo brunatnych i czerwonych przebarwień, które mogły świadczyć o jego częstym kontakcie z krwią. Jego ciało było pokryte przez różnorakie blizny, pochodzenie ich nie było wielką zagadką. Spora część powstała w walce, inne były efektem samookaleczenia. Wszystko podsuwało na myśl jedno, był to bandyta.

Siedział on na krześle będąc ciasno do niego przywiązanym. Na jego piersiach i brzuchu znajdowały się bandaże świeżo przesiąknięte jego własną krwią. Sam bandyta siedział niemal nieprzytomnie z głową nisko opuszczoną ku ziemi przez co cień uniemożliwiał zobaczenie czegokolwiek. Po krótkiej chwili z ciemności na ogiera wylała się woda, która przywróciła mu przytomność. Gwałtownie poderwał się do góry, był to jednorożec. Na pysku miał mnóstwo siniaków i rozcięć które potęgowały wyraz przerażenia malujący się na nim. Rozglądał się gwałtownie szukając czegoś w głębi czerni która go otaczała. Oddychał szybko, próbował nawet coś mówić i krzyczeć, lecz to uniemożliwiała mu szara taśma zaklejająca jego usta.

Minęło kilka kolejnych sekund gdy z mroku dało się słyszeć basowy pomruk. Dało się go słyszeć z początku tylko sporadycznie, lecz wraz z każdą kolejną sekundą był on częstszy i dochodził z różnych kierunków. Na ten dźwięk kucyk zaczął oddychać jeszcze szybciej, a z jego głowy spływał rzęsiście pot. Odwracał głowę w stronę źródła dźwięku tak jakby spodziewał się Hellhound’a który rzuci się na niego z ciemności. Lecz w jednej chwili wszystko ucichło. Ta głucha cisza potęgowała jedynie atmosferę grozy i napięcie unoszących się w powietrzu.

W pewnym momencie z ciemności na wprost związanego jednorożca wyszła z gracją młoda gryfka. W jednej łapie trzymając krótką dwururkę wycelowaną w głowę związanego ogiera, podeszła do niego powoli. Źrenice kucyka zwęziły się do rozmiaru szpilek kiedy patrzył do wnętrza luf. Zamkną gwałtownie oczy w oczekiwaniu na strzał, na wyrok, który miał zakończyć jego życie, lecz przez długą chwilę nic takiego nie nastąpiło. Powoli i ostrożnie otworzył mokre już od łez oczy, by dowiedzieć się co powstrzymuje jego kata.

Samica gryfa która brutalnie wdarła się w okrąg światła niczym czarny charakter na scenę, stała teraz bez ruchu. Była to ewidentnie młoda persona o szczupłym ciele, któro nie zdradzało jej prawdziwej siły. Miała ona stalowe futro i ciemne grafitowe pióra oraz przednie łapy. Chociaż na piersi miała kilka jaśniejszych szarych piórek układających się w idealną piramidę zwężającą się ku górze i kończącej na szyi. Z tyłu głowy miała ona kilka niesfornych piór układających się pod kątem do góry, podobnie miał z trzema piórkami tuż nad czołem. Dookoła oczu miała ona szarą obwódkę która podkreślała czerwony kolor jej tęczówek. Dziób natomiast miała smukły i drobny, takiego samego koloru jak pióra.

Wpatrywała się ona głęboko w oczy związanego kucyka. Pomimo tego że jej twarz była niczym kamień nie zdradzający jakichkolwiek uczuć lub myśli, jej oczy zdradzały je bardzo wyraźnie. Młoda gryfka była głęboko zamyślona. Wreszcie zabrała obrzyn z przed twarzy kucyka i usiadła ciągle patrząc mu w oczy. Po chwili niemej ciszy zamknęła na chwilę powieki i westchnęła. Gdy ponownie spojrzała na związanego ogiera jej twarz miała nieco cieplejszy wyraz, jednak jeszcze chwile zbierała się by cokolwiek powiedzieć.

- Powinnam pomalować twoim mózgiem ściany od razu, ale coś mi nie pozwala. Ja… cholera, ja chyba zmiękłam. Takie szumowiny jak ty powinnam zabijać be mrugnięcia okiem ale… Ech, ja chyba potrzebuję się komuś wyżalić. – Mówiła to lekko kręcąc głową jak gdyby nie dowierzał w to co mówi.

- Ale może zacznę od początku. Nazywam się Black Rose i jak pewnie zauważyłeś jestem gryfem. Cała moja parszywa historia zaczęła się już przy moim narodzeniu. Moja matka… ona zmarła zaraz po moich narodzinach. jakieś komplikacje przy porodzie. Mój ojciec starał się jak mógł bym przynajmniej przeżyła. Był pijakiem i hazardzistą dlatego często głodowałam. Musiałam walczyć o siebie. Byłam za mała by móc uciekać przed kucykami z ulicznych straganów, więc musiałam się nauczyć kraść. Wiele krwi i siniaków minęło zanim się nauczyłam, nie mieli oni litości nawet dla tak małych dzieci.

- Kiedy miałam pięć lat, nałóg mojego ojca przyniósł nam śmierć. Zaciągną się na mnóstwo kapsli w kasynie i nie miał jak spłacić gangsterów. Przyszli więc pewnej nocy i zabili mojego ojca by zrobić z niego przykład dla innych dłużników, mnie natomiast porwali i sprzedali łowcom niewolników. Zakuta w łańcuchy, zamknięta w klatce, głodzona i bita, umarłam po raz pierwszy. Umarło to małe dziecko jakim byłam, dziecko któro zostało brutalnie rzucone na pożarcie pustkowiom. – Powiedziała wymownie unosząc jeden palec.

-Musiałam walczyć o każdy ochłap jaki zrzucili nam do klatki. Patrzyłam jak z głodu i wycieńczenia umierały kucyki siedzące razem ze mną w jednej klatce. Jedliśmy, spaliśmy i sraliśmy, ściśnięci ciasno w jednej klatce, a trupy były wyrzucana może raz na tydzień, kiedy to w końcu łowcom zaczynał przeszkadzać smród.

- Przez moją klatkę przewinęło się mnóstwo kucyków, a nawet i zebra, część wchodziła do klatek i już nigdy ich nie opuszczała, część była sprzedawana. Ja… Ja ani nie zginęłam ani nikt mnie nie kupił, dla mnie był przeznaczony inny los… dużo gorszy. Łowcom wreszcie znudziło się wożenie mnie za darmo na wycieczki po pustkowiach i wysłali mnie specjalną karawaną na północ… Daleko na północ tam gdzie zima trwa wiecznie. I tak oto trafiłam do miasta zwanego Butcher Bay.

- Było to spore miasto które utrzymywało się głównie z hazardu, narkotyków, prostytucji i niewolników. Najważniejsi jednak w tym wszystkim byli niewolnicy. To niewolnicy wznieśli to miasto, dla innych. To niewolnicy produkowali narkotyki, dla innych. To niewolnicy byli prostytutkami. I to niewolnicy napędzali hazard. W centrum miasta znajdowała się arena wykuta w lodzie, nazywali ją Rzeźnią. Była to po prostu okrągła dziura wykuta w lodzie od góry zamknięta salową siatką pod napięciem, miała ona dwa wejścia po przeciwległych stronach wykopu z których wychodzili zawodnicy. Tam trafiali ci którzy potrafili walczyć i ci którzy nie potrafili nic. Mieli tam nawet pierdolone ligi: dorosłych i młodzików.

- Spróbuj zgadnąć gdzie trafiłam… Tak masz pierdoloną racje… trafiłam do Rzeźni. W mieście było kila „szkół” które zajmowały się trenowaniem zawodników do walk. Jedna szprycował zawodników chemią niemal do nieprzytomności, druga stosowała mordercze treningi, a ja znalazłam się w ostatniej. Oni się nie pierdolili wrzucali wszystkich na głęboką wodę. To oni najczęściej organizowali walki. Byli prawdziwymi potworami, na arenę wrzucali dwóch zawodników i kazali im walczyć na śmierć i życie. Jeżeli tamci nie chcieli walczyć ginęli oboje, a ich ciała były nabijane na haki i wieszane w głównej hali z klatkami.

- Nigdy nie zapomnę swoich pierwszych walk. Te bydlaki… razem ze mną na arenie wylądował mały kucyk mniej więcej w moim wieku. Oboje widzieliśmy to co dzieje się z tymi którzy nie walczą, a tylko zwycięzcy przeżywali i dostawali normalne racje jedzenia. Walczyliśmy więc… wtedy nauczyłam się jak pomocne mogą być moje szpony. Wygrałam tylko przez przypadek. Próbowałam go uderzyć, lecz z wycieczenia zapomniałam zacisnąć pięść i rozdarłam jego małe gardło na strzępy. Krew która wytrysnęła z tętnic szybko zamarzła stając się częścią areny.

- Te pierdolone bydlaki… oni do klatki wrzucili mi ciało tego kucyka. Rzucili mi jego ciało jako pierdoloną nagrodę… jako te cholerne normalne racje jedzenia… Chyba wydawało się to dla nich zabawne. Przez niemal dwa dni od tamtej walki nie dali mi nic do jedzeni… chcieli mnie złamać bym zjadła jego. Byłam już tak wyczerpana i głodna że uległam… Rozdarłam szponami jego pierś, połamałam żebra i wyrwałam serce któro szybko połknęłam w całości by nie czuć smaku. Nie udało się jednak, czułam go doskonale. Natychmiast zrobiło mi się niedobrze, ale moje ciało nie pozwoliło mi niczego zwrócić. Nie pozwoliło mi także przestać. Wyrywałam kolejne kawały mięsa z tego biedaka i łapczywie je pochłaniałam. Z moich oczu płynęły rzewne łzy, a w uszach grał śmiech moich właścicieli.

- Po kilku podobnych walkach i kilku podobnych sytuacjach przenieśli mnie do nieco większej klatki i dali hantle do ćwiczeń. Po każdej walce rzucali mi ciała moich wrogów. Przestałam walczyć z tym co mi robili, do czego mnie zmuszali. Następne ciała traktowałam z szacunkiem… jeżeli w ogóle przy pożeraniu czyichś zwłok można mu okazać szacunek. Traktowałam ich jak przyjaciół, pomagali mi przetrwać kolejny dzień i napełniali siłą zarówno duchową jak i fizyczną. Napełniali mnie także nienawiścią do tamtego miejsca i tamtych kucyków. Byłam zdeterminowana by przetrwać i się zemścić.

- Raz do roku odbywały się wielkie zawody na które ściągali z całej Equestrii bossowie światka przestępczego. Przyjeżdżali tam przedstawiciele chyba wszystkich gatunków, tylko po to by patrzeć i obstawiać walki. Zwycięzca zawodów dostawał wielką nagrodę jaką była chwila pseudo wolności. Ten kto przetrwał cały turniej dostawał wybuchową obroże na szyję i przez dwa dni mógł robić co chciał w mieście na jego koszt.

- W tych zawodach nie liczyło się samo zabicie przeciwnika, lecz także styl w jakim to zrobiłeś. Im bardziej widowiskowa była twoja walka tym bardziej możliwe że w następnej dostaniesz jakąś broń, narzędzie, kawałek pancerza lub miksturę leczniczą by się połatać. Cały turniej składał się z pięciu etapów rozgrywanych na przemian z ligą dorosłych. Raz młodzi, raz dorośli. I tak cały turniej trwał dziesięć dni. W każdej lidze startowało trzydzieści dwie osoby kończyła jedna.

- Pomimo tego że nienawidziłam i nie chciałam odbierać życia innym, byłam w tym dobra… piekielnie dobra. Przez cztery lata byłam mistrzynią areny i stałam się jebaną pupilką właścicieli. Dostawałam sprzęt do ćwiczeń i trochę więcej jedzenia… ale oni nigdy nie przestali rzucać mi moich martwych wrogów jako nagrody. - Gryfka skrzywiła się odrywając wzrok od jednorożca i przełamała skróconą strzelbę. Następnie wyjęła z niej oba naboje i podniosła na wysokość oczu. Przyglądała się im przez jakąś chwilę, poczym schowała je do swojej torby. Jej wzrok ponownie zawisł na twarzy ogiera.

- Jedną walkę zapamiętam na pewno. Musiałam walczyć z jakimś trzylatkiem. Byłam od niego niemal trzy razy większa i gdy tylko weszłam na arenę, on na mój widok się sfajdał. Płakał, jojczał, podbiegł do mnie i chwycił mnie za przednie łapy, błagając bym nie robiła mu krzywdy. Serce mi się krajało ale dobrze wiedziałam co się stanie jeśli odmówię walki. Postanowiłam wykorzystać ten niewielki przywilej bycia pupilką właścicieli.

- Uwolniłam jedną łapkę i przytuliłam tego brzdąca, potem go odsunęłam od siebie i spojrzałam mu prosto w oczy. Było to dziwne uczucie, niemal tak jak gdybyśmy rozmawiali po prostu na siebie patrząc. Po chwili mały kiwną tylko głową i zamkną oczy. Jeszcze raz go przytuliłam i wyszeptałam do ucha „wybacz”. Potem szybko i bezboleśnie skręciłam mu kark. Widzowie na początku na nas gwizdali lecz kiedy mały wyzioną ducha zapadła cisza. Właściciele byli na mnie wściekli za tą walkę i dostały mi się za nią tęgie baty, ale wiedzieli że nie mogą zabić swojego czempiona. Przez kilka dni byłam poza walkami. Na przemian mnie katowali i leczyli, i w obu tych czynnościach byli dobrzy.

- Ale zeszłam chyba z tematu. Przez cztery lata byłam mistrzynią na arenie i wygrywałam te dwa cholerne dni wolności. Musiałam świętować by nie wzbudzać podejrzeń, ale także zbierałam informacje jak się zemścić na mieście. Wielu z wysoko postawionych w tym mieście lubiło się zabawiać z nieletnimi, a w łóżku ich języki często się rozwiązywały. Chyba nie przeszkadzało im zdradzanie ważnych informacji niewolnicy. Pewnie myśleli że nie pożyje na tyle długo by je jakoś wykorzystać.

- Zbliżał się kolejny, piąty turniej, ale coś się zmieniło. Pewnej nocy do naszej hali został wpuszczony jakiś obcy. Była to klacz jednorożca która ewidentnie szukała czegoś… czegoś specjalnego. Szukała mnie. Podeszła do mojej klatki i przez długą chwilę patrzyła mi głęboko w oczy.

- "Pomimo tego wszystkiego do czego cię zmusili nie stałaś się bestią. Nadal jesteś myślącą i czującą istotą. Pomimo tego wszystkiego co zrobiłaś nadal jest w tobie dobro… Obserwowaliśmy cię i nie martw się, ocalenie jest już blisko. Chcemy zniszczyć to siedlisko zła. Ale potrzebujemy twoich informacji. I jeśli ty pomożesz nam, to my pomożemy tobie.” Opowiedziałam jej więc wszystko czego się dowiedziałam, czułam że powinnam. Rozmieszczenie laboratoriów, składów z chemikaliami i amunicją, wszystko. Po naszej rozmowie klacz odeszła i opierdoliła za coś strażników.

- Gdy tylko usłyszałam jak wrzeszczy na strażników to o mało mi serce nie wyskoczy. Myślałam że to była jakaś podpuch i że zaraz przyjdą by mnie załatwić, ale nic takiego się nie stało. Nie miałam pojęcia kim ona była, ale kilka dni później dostałam mały prezent: śrubokręt i kilka spinek do włosów. Zaczęłam więc się uczyć jak z pomocą tych małych przedmiotów otworzyć drwi swojej klatki. Minęło sporo czasu zanim mi się to udało.

- Było to kilka dni przed turniejem, wtedy właśnie chciałam uciec. Poczekałam na moment w którym zmieniają się strażnicy i chciałam się stamtąd wydostać. Kilku innym więźniom się to nie spodobało i podnieśli zaraz alarm. Najwidoczniej myśleli, że jeśli oni się stamtąd nie wydostaną to nikt tego nie zrobi. Właściciele postanowili ukarać mnie wtedy w bardzo specjalny sposób… przenieśli mnie do ligi dla dorosłych. Ja, dziesięciolatka miałam walczyć z dorosłymi, większymi i silniejszymi od siebie.

- Pierwszą swoją walkę wygrałam... choć nie bez trudności. Kucyk którego dostałam za przeciwnika był prawdziwym siłaczem, ale i strasznym idiotą. Cały czas na mnie szarżował jakby był bykiem, a nie kucem. Kiedy przez przypadek uderzył z całym impetem w ścianę, to na chwile go zamroczyło, wtedy miałam swoją okazję do działania. No i do końca tej walki przyjęłam właśnie taką strategię. Swoim zwycięstwem wzbudziłam niemałą sensację.

- Po walce jednak nie trafiłam od razu do klatki. Dostałam obroże wybuchową i zostałam zaprowadzona do jakiejś pustej hali. Tam czekała na mnie nieoczekiwana pomoc. Był to pegaz. Starsza ode mnie klacz, nie była martwa, wręcz przeciwnie, i nie była niewolnikiem. Ta klacz zaoferowała mi pomoc. „Nasza wspólna znajoma mnie przysyła. Chce ci pokazać kilka sztuczek.” Powiedziała tylko to i szybko zaczęła mnie uczyć jak powinnam używać swoich skrzydeł oraz jak je wykorzystać w walce. Pokazała mi także w jaki sposób mogę ćwiczyć skrzydła nawet wewnątrz klatki. Po tym każdą wolną sekundę poświęcałam na trening.

- W walce półfinałowej dostałam nóż napędzany ogniwami magicznymi i w tej samej walce uniosłam się po raz pierwszy w powietrze. To była chyba jedna z najprostszych walk w tamtym turnieju. Kucyk nie wiedział jak miał się bronić przed atakami z góry, a moja broń zadawała straszliwe obrażenia.

- Ostatnia walka turnieju miała być także i moją ostatnią, a właściciele chcieli o to zadbać. Kazali mi walczyć tylko na gołe szpony. Ale znów los się do mnie uśmiechną. W noc tuż przed walką zakradła się do mnie ta sama klacz jednorożca która wcześniej mnie odwiedziła. Dała mi granat zaczepny i powiedziała że mi się przyda. Kazałam mi go ukryć by mi go nie odebrali, inaczej zginę, następnie zniknęła.

- Całą noc nie zmrużyłam oka patrząc na granat i zastanawiając się co zrobić i jak go ukryć. Tuż przed samą walką kiedy strażnicy mieli przyjść i mnie zabrać, połknęłam granat. Był to jedyny schowek jaki wpadł mi do głowy. Na samą arenę weszłam ja i inny kucyk, on także nie miał żadnego sprzętu, broni, pancerza, czegokolwiek… Ale on dostał taki sam wyrok jak ja. Oboje mieliśmy zginąć tamtego dnia na arenie. – Samiczka gryfa na chwilę przerwała swoją opowieść wyciągając małą butelkę wody i biorąc z niej kila łyków.

- Na arenę został spuszczony nasz kat, którym miał być Hellhound. Wielkie bydle, zaszczute i torturowane, któro miało za zadanie jedynie zabijać. Właściciele obcięli mu pazury by nie rozprawił się z nam i zbyt szybko. Gdy tylko jego klatka zaczęła wyłaniać się z "sufitu" podbiegłam do kucyka i powiedziałam że musimy współpracować jeżeli chcemy przeżyć. On kiwną na to głową zgadzając się. Publika szalał w pijanej ekstazie skandując cały czas „Rzeźnia”

- Kiedy tylko tamto monstrum zostało zrzucone na arenę, ja uniosłam się w powietrze. Oboje walczyliśmy, ja z powietrza, a kucyk z ziemi. Działaliśmy wspólnie, jedno odwracało uwagę by drugie mogło zaatakować. Dzięki temu udało mi się na krótki moment uczepić głowy potwora, wyłupić mu jedno oko i odlecieć. Stwór jednak szybko chwycił kucyka za tylne kopyta i rzucił nim we mnie. Nie potrafiłam latać na tyle dobrze by zrobić unik. Oboje z wielkim impetem uderzyliśmy o ścianę, a ja znalazłam się między ścianą i kucykiem. Siła uderzenia była ogromna, niemal natychmiast zwymiotowałam krwią, a wraz z nią zwymiotowałam granat. Na trybunach oczywiście wrzało.

- Hellhound błyskawicznie do nas doskoczył, chwycił mnie i wyciągną z pod kuca. Następnie zakleszczył w obu łapach... chciał mnie zgnieść. Jego uścisk z każdą chwilą przybierał na sile. Wydawało mi się że przez to ciśnienie moja głowa wystrzeli jak korek od szampana. Kucyk wykorzystał ten moment i kopnął bestię w... "szczęśliwy worek". Wszarz tylko zaskowyczał i zwolnił trochę swój uścisk przez co mogłam uwolnić swoje łapy. Kuc szybko rzucił mi granat, ja go odbezpieczyłam i cisnęłam nim do gardła tego przerośniętego kundla. Kilak sekund później granat eksplodował rozrywając bestię na pół. Tamtego dnia chyba oboje mieliśmy największe możliwe szczęście.

- Nie był to jednak koniec. W mieście nastąpiła seria wybuchów pogrążająca je w płomieniach i panice. Potem wywiązała się jakaś zaciekła walka. Nie wiedziałam kto z kim walczył, ale wiedziałam że to moja szansa. Kiedy tylko cała arena opustoszała, wyleciałam przez otwór którym spuszczono Hellhound'a. Poleciałam szybko na lożę na której zasiadali właściciele. Naprawdę wielkie było moje zdziwienie kiedy spotkałam tam znajomą klacz jednorożca, trzymającą na muszce ostatniego z żyjących właścicieli.

- Ona tylko na mnie popatrzyła i chyba już wiedział... Wiedziała że chce krwi za swoje krzywdy. Pozwoliła mi podejść bliżej i oddała swoją broń. Nie mówiła nić, pozwoliła mi wykonać ten wyrok... Skorzystałam z tej okazji. To była moja słodka chwila zemst. Patrzenie jak tamta parszywa świnia trzęsie się przede mną ze strachu. Nawet nie wiem kiedy zdążyłam wyładować w niego cały magazynek, ale było to miłe uczucie patrzeć jak umiera. Potem zostawiłam broń i szybko wyleciałam z loży, zostawiając wszystko za sobą.

- Wzniosłam się wysoko ponad miasto które teraz przypominało piekło i odleciałam. Leciałam na południe bez ustanku przez kilka dni. Ranna, przemarznięta i głodna leciałam dalej. Kiedy opuściłam krainę wiecznego mrozu byłam na skraju wytrzymałości i w pewnym momencie po prostu zaczęłam spadać. Po uderzeniu o ziemię straciłam przytomność. Wtedy zginęłam po raz drugi. Zginęła mistrzyni areny i niewolnica którą byłam. – Gryfka wymownie wyprostował drugi palec.

- Ocknęłam się w jakiejś karawanie, a zajmował się mną inny gryf. Była to spora karawana i była broniona przez kilka gryfów i kilka kucyków, wszyscy mieli podobne stroje. Ja jednak z nikim nie gadałam, po prostu dojechałam z nimi do miasta i pomogłam w rozładunku za co dostałam kilka kapsli. Byłam sama w świecie którego nie znałam, bez pieniędzy, bez czegokolwiek. Poszłam więc do baru i kupiłam kilka butelek Whisky by się upić i zapomnieć. Przysiadł się jednak do mnie gryf który mnie opatrywał na karawanie i zaproponował mi prace w jego grupie najemników.

- Zgodziłam się. Nie miałam nic, a on proponował mi pracę. Wkrótce potem zaczęłam razem z nimi wykonywać różne zlecenia. Ochranianie karawan i jakichś osób, drobne dostawy, ochrona wymian handlowych między gangsterami i oczywiście zabójstwa na zlecenie. Tutaj jednak do niczego mnie nikt nie zmuszał, jeżeli nie chciałam wykonać jakiejś pracy nie robiłam jej, wysyłali kogoś innego. Najczęściej odmawiałam zabójstw, jeśli mi nie pasowało kogo miałam zabić. Chodziło głównie o dłużników i do takich zleceń się nawet nie zbliżałam. Ale eliminacja jakiegoś gangstera, mordercy czy grupy bandytów… to była zupełnie inna sprawa.

- I tak mi minęło kolejnych pięć lat życia, Dzięki temu podciągnęłam się w naprawdę wielu profesjach, a zwłaszcza w obsłudze broni palnej. Tak jak wszyscy najemnicy przysporzyliśmy sobie więcej wrogów niż przyjaciół i pewnego razu ktoś postanowił się zemścić. Nasza grupa często robiła kilka zadań na raz dla większych zysków. Ja miałam opóźnienie robiąc drobną dostawę, mój klient się spóźniał ,gdy w tym samym czasie reszta mojego oddziału przesiadywała już w pubie. Akurat zakończyłam swoje zlecenie i szłam do baru by się przyłączyć do reszty, kiedy grupka ciężko zbrojnych kucyków zaczęła siekać w ten budynek. Wszystko poszło w trzaski... łącznie z moim oddziałem. Przeżyłam tylko ja więc szybko uciekłam z miasta i pozbyłam się pancerza który by świadczył o mojej przynależności do tamtej grupy. Wtedy umarłam po raz trzeci, umarła najemniczka którą się stałam. – Wtedy gryf wyprostował trzeci palec poczym delikatnie zamknął pieść i położył łapę z powrotem na ziemi.

- Pieniądze jakie zarobiłam będąc najemnikiem pozwoliły mi w spokoju przeżyć kilka miesięcy. Potem działałam na własną rękę. Ochrony karawan, scavenging. Wtedy też spotkałam Gray Stitch’a. Parę razy zdarzyło nam się podróżować w tych samych karawanach więc się zaprzyjaźniliśmy. Pewnego razu gdy opowiedziałam mu co mi się przytrafiło, jednorożec usiadł koło mnie i się przytulił. Zaczęliśmy się trzymać razem, był ode mnie starszy, a ja po jakimś czasie chyba zaczęłam czuć do niego coś więcej niż tylko przyjaźń. Wędrowaliśmy sobie tak może dwa lata, był jedyną osobą której naprawdę na mnie zależało, opiekował się mną i troszczył. Na nowo pokazał mi pustkowia i pokazał że mogą one być piękne.

- Nigdy nie zapomnę pierwszej nocy którą spędziliśmy „razem”. Nie było to nic wymuszonego, było to piękne i czyste uczucie płynące z naszych serc bijących wtedy tylko dla siebie.- Samiczka na chwilę przerwała i zamknęła oczy, pozwalając spłynąć pojedynczej łezce. - Znał on pewien czar dzięki któremu mógł pomniejszać i powiększać siebie i inne rzeczy włącznie z innymi stworzeniami. Co czasami okazywało się bardzo "ciekawą" i przydatną umiejętnością. – Uśmiechnęła się podnoszą do góry naszyjnik który miała i przyglądając mu się. Był to miedziany medalion w kształcie serca w którego wnętrzu były oszlifowane różnokolorowe kryształy.

- Musiałam przyznać że znał się na czarowaniu. Znajdował mnóstwo cennych i rzadkich przedmiotów dzięki swojej magii. Stworzył dla mnie nawet ten medalion z kilku kryształów do wnętrz których zaklął to samo zaklęcie powiększenia i pomniejszenia... i coś jeszcze. Dzięki temu mogłam tak jak on używać tych zaklęć na sobie i na przedmiotach które trzymałam. Było to jednak bardzo męczące i z początku trudne. Samo zaklinanie było dla Stitch’a bardzo ciężkie i trwało niemal tydzień.

- Ale teraz przynajmniej mam po nim piękną pamiątkę. Pustkowia mi go brutalnie odebrały kiedy zostaliśmy zaatakowani przez bandytów. Broniliśmy się i odparliśmy atak, ale jego rany były zbyt poważne. Powiedział mi, że jeżeli tylko będę miał ze sobą ten medalion, będę miał cząstkę jego duszy i bym się nie martwiła. Potem zmarł mi na rękach. – Po tych słowach Gryfka puściła wisiorek i wytarła łzę która spływał po jej policzku.

- Od tamtej pory starałam się uciec od tego świata. Zarabiałam tyle by przeżyć kolejnych kilka dni i uciekałam wysoko na szczyty wieżowców i tym podobnych, chciałam być sama.

- Pewnego razu postanowiłam wylecieć ponad chmury, nieważne co miało by się stać. I tak zrobiłam. Kiedy się przebiłam, przywitało mnie piękne błękitne niebo i ciepłe promienie słońca. Było mi wtedy tak przyjemnie, że położyłam się na chmurach i usnęłam. Obudził mnie dopiero patrol Enklawy, był to pierwszy raz kiedy się z nimi zetknęłam. Aresztowali mnie, odebrali broń i zabrali do jednego z ich miast.

- Aresztował mnie jakiś młody podoficer. Z początku wypytywał o jakieś głupstwa: imię, skąd jestem i takie tam. Potem jednak zrobiło się nieco ostrzej. Oskarżał mnie o szpiegostwo, wypytywał się o mój cel i dla kogo pracuję... Ja natomiast cały czas mówiłam prawdę, że dla nikogo nie pracuje. Trzymali mnie tak przez tydzień może dwa. Musiałam przyznać że jak na więźnia traktowali mnie bardzo dobrze. Miałam wygodną cele, ciepłe posłanie, a nawet ich więzienne jedzenie było niczego sobie.

- Z tych całych przesłuchań wynikło chyba tylko to że to ja złamałam przesłuchującego. Niech sobie przypomnę jak to dokładnie szło:

- „Dlaczego cały czas się upierasz. Rose, czy ty naprawdę chcesz zginąć? Powiedz prawdę, a ja spróbuje jakoś wyprosić dla ciebie delikatniejszy wyrok... Cholera. Gdybym to nie ja prowadził tamten patrol, to już dawno była byś martwa.”
- „Lightning, ja cały czas mówię prawdę. Dla nikogo nie pracuje, a przez chmury przeleciałam bo chciałam uciec na chwilę od tych przeklętych pustkowi. Proszę, popatrz mi głęboko w oczy... Dlaczego nie możesz mi uwierzyć.”
- „Ja… Ja… To nie to… Moi dowódcy mogą ci nie uwierzyć. Wybacz ale będę musiał cię przekazać wyżej. Ja nie chcę podpisywać wyroku śmierci na kogoś takiego jak ty.”

- Wiedziałam że mu się spodobałam. Ale jednak zrobił to co powiedział. Trafiłam w kopyta jakiegoś pułkownika. On się nie patyczkował, wysłał mnie na tortury, ale nie trwały one długo, dzień może dwa. Były jednak naprawdę brutalne, bicie, rażenie prądem, podali mi nawet jakieś świństwo, po którym niby miałam mówić prawdę. Cały czas tłumaczyłam im że nie jestem szpiegiem... na różne sposoby. Tak mnie wymęczyli że straciłam przytomność.

- Ocknęłam się w szpitalu, a koło mnie siedział Red Lightning. "Dyskutowaliśmy chwilę z półkownikiem i... doszliśmy do wniosku że chyba naprawdę nie jesteś szpiegiem." Po tych słowach tylko anemicznie się uśmiechną, jakby próbował mnie pocieszyć. Wszystko mnie bolało i niemiałam prawie na nic siły ale odwzajemniłam uśmiech.

- Kiedy wyszłam w końcu ze szpitala Lightning zaprosił mnie do kawiarni. Zafundował mi kawę i kawałek ciasta... Gdyby nie to że nie przyjmowali tam kapsli to bym zapłaciła za siebie. - Gryfka nieznacznie uśmiechnęła się mówiąc to. - Było nawet miło, ale do chwili. Młody ogier spochmurniał... widziałam że coś go gryzie. Kiedy go spytałam o co chodzi, powiedział że nie będę mogła więcej przekroczyć chmur. Że wziął na siebie całą odpowiedzialność za uwolnienie mnie...

- "Rose, musze cie prosić byś już nie wracała ponad chmury, w innym wypadku oboje stracimy życie." Było to dla mnie sporym zaskoczeniem. Po jego słowach oboje uciekliśmy od siebie wzrokiem i siedzieliśmy jakiś czas w kompletnej ciszy. Zauważyłam że dla niego to było trudniejsze niż dla mnie. Położyłam mu łapkę na policzku i delikatnie zaczęłam go po nim głaskać. Wtedy znowu na mnie popatrzył i zadał pytanie. "Powiedz, ale szczerze... Czy posłuchała byś tego zakazu?" Zastanawiałam się przez chwilę zanim odpowiedziałam. "Nie..." z początku był zaskoczony, ale potem się uśmiechną. "Tak też sądziłem." W końcu spytałam się czy nie ma żadnej opcji. Zastanawiał się przez jakiś czas i stwierdził że jest jedna.

- Wtedy właśnie zaproponował mi pracę jako ich agenta terenowego. Przyjęłam ją. Dzięki temu mogłam raz na jakiś czas wylecieć ponad chmury i spotkać się z Red Lightning'iem. A moje zadanie sprowadziło się do tego że opowiadałam mu co ciekawego mnie spotkało na pustkowiach. Po jakimś czasie staliśmy się dobrymi przyjaciółmi. Nie podobała mi się ich bierność wobec tych którzy żyją pod zasłoną z chmur, ale każdy na pustkowiach teraz dbał wyłącznie o swój zadek.

- No i tak mi mijał czas aż do teraz. Dzięki za wysłuchanie.

Gryfka ponownie westchnęła, podniosła się i podeszła do związanego kucyka, odkleiła z jego pyszczka taśmę klejącą i go pocałował. Ten gest dla kucyka był tak niespodziewany że aż jego ogon się wyprostował i dopiero po chwili opadł bezwładnie na podłogę. Młoda samiczka gryfa odsunęła się od kucyka po czym odwróciła się i bez słowa zniknęła w ciemności. Kucyk patrzył jedynie z wyrazem ogromnego zdziwienia na pyszczku w to miejsce w którym zniknął gryf. Z jego ust dało się słyszeć jedynie ciche: „Nie ma za co.” Po chwili z ciemności wprost pod nogi jednorożca upadł stary nóż kuchenny.

Well. W sumie nie po to, to pisałem by nikt tego nie czytał. Tongue

Imię: Black Rose

Wiek: 24 lata

Płeć: Samica

Rasa: Gryf

Rodzina: Brak

CM: Brak

Wygląd: Smukła, atletycznie zbudowana. Futro koloru stalowego. Pióra i przednie łapy w kolorze ciemnego grafitu. Szary trójkąt z jaśniejszych piór ciągnący się od piersi do połowy szyi. Kilka odstających piór z tyłu głowy oraz nad czołem. Dookoła oczu szara obwódka. Tęczówki koloru czerwonego.

Ekwipunek:
Ubiór: Jeansowy bezrękawnik. Miedziany naszyjnik z kryształami w środku. Czerwona chusta ( czasem zawiązana na nadgarstku, czsem na czole). Lustrzane okulary lenonki. Pas z olstro na broń.
Broń: Wojskowy nóż. Pistolet maszynowy kalibru 10mm, IF-50. Skrócona strzelba dwulufowa 20-gauge, IF-75. Karabin snajperski kalibru 7,62mm, IF-125.
Chemia: Szpryca. Med-X. Magiczne mikstury lecznicze. Mint-Al'e. Bandaże.
Pożywienie: Przedwojenna mielonka. Warzywa w puszce. Woda oczyszczona. Woda. Jajka na ostro. Wieprzowina z fasolką. Suszone mięso. Guma do żucia.
Różne: Uszkodzone radio Enklawy. Dwa numery Wingboner'a. Śrubokręt i kilka spinek do włosów. Kilka przedwojennych książek. Menażka. Igły krawieckie i nylonowa żyłka.

Specjalności: Walka wręcz (HTH). Broń biała i palna. Otwieranie zamków.

Charakter: Zazwyczaj opanowana i spokojna lecz zdarzają się wyjątki. Lubi czasem wypić. Lepiej nie nadepnąć jej na odcisk bo można naprawdę marnie skończyć. Obojętna i zdystansowana wobec innych. Jest bardziej otwarta po bliższym poznaniu. Nie lubi rozmawiać o swojej przeszłości. Towarzystwo jej nie przeszkadza, choć czasem lubi pobyć sama.




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości