Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Wastelands Vol. 1
Umbra zaczerwienił się lekko, gdy Spark pożegnała go w dość nie konwencjonalny sposób, choć czego mógł się spodziewać po tak pokręconej osobie, nie zmieniało to jednak faktu, że wciąż intrygowała go ów była raiderka, a teraz członkini znienawidzonego przez braci ugrupowania. Bracia byli zadowoleni z wizyty, nawet pomimo swoich uprzedzeń, bo wszystko poszło wyjątkowo nie tak jak się tego spodziewali, szczególnie po doświadczeniach jakie zdobyli wędrując po dzikich i często nie przewidywalnych Pustkowiach dawnej spokojnej i miłej dla mieszkańców Equestrii.

Bracia raz jeszcze sprawdzili, czy wszystko jest na swoim miejscu, po czym gotowi na dalszą drogę, czekali na rozporządzenia szefa.

Mirage podał zamówienie gryficy:

– To będzie 620 kapsli i jesteśmy kwita – powiedział już swoim zwyczajowym tonem młodszy z braci.
I like my victims like I like my coffee... in the butt!
Odpowiedz
Nieczekajac na reakcje bolt z szalencaym usmiechem zrebaka ktoremu zostala podarowana nowa zabawka jak tylko rose sie odwrocila zaczal rozkrecac karabin na czynniki pierwsze przypatrujac sie mechanizmom ktore zawieral. - mhm. Ciekawe - mozna bylo uslyszec kiedy odpial calkowicie przyrzady celownicze i polozyl obok dobierajac sie do bebechow ktore zwyczajowo przeczyscil swoim przybornikiem ktorego wyciagnal spod plaszcza. - odprowadzanie gazow, spust, - obejrzal co potrzebowal i zaczal powoli dokladnie skladac bron gryfki majac nadzieje ze po przymocowaniu muszki celownika wszystko bylo na miejscu a te srobki ktore lezaly obok byly zapasowymi z jego malego pomocnika.
Dla sprawdzenia wszystkiego rozebral karabin jesscze raz sprawdzajac czy niczego nie zapomnial i dokrecil co bylo trzeba i zlozyl spowrotem. - mhm - przeladowal na sucho komore nie wprowadzajac naboju i przylozyl oko do szczerbinki ( nie jestem pewny csy ma lunete) utrzymujac karabin odwrocony magazynkiem i lufa do gory nogami po czym podszedl z usmiechem do rose oddajac jej karabin. - ciekawa budowa. Sprobuje wykorzystac schemat twojego karabinu przy ulepszeniu mojego.

Po wszystkim wrocil do rozmowy z shieldem - a masz zapedy samobojcze? Bo wyglada ze tak ale jak cos tobie sie stanie to nie bedzie co z nas zbierac wiec sie zastanawiam czy przypadkiem sam nie bedziesz potrzebowac ochrony i nianczenia tak jak ja.
Odpowiedz
Drużyna najmitów podróżowała razem przez kilka godzin. W owym czasie nie działo się zbyt wiele. Czasem kruk lub inny niewielki zwierz zakłócał spokój okolicy nagłym ruchem lub dźwiękiem. Ruiny przedwojennej dzielnicy portowej powoli zmieniały się w zdewastowaną dzielnicę mieszkalną. Ciasne skupiska niewielkich bloków i małych kamieniczek wybudowanych dla mniej zamożnych dokańczały teraz swój rozpad który rozpoczął się jeszcze przed wojną. Gdy słońce miało lada moment zniknąć za horyzontem pozostawiając najmitów w ciemniejącej szarudze weszli oni pomiędzy dużo rzadsze zabudowania przedmieść. Gdy słońce zaszło zupełnie, czerniejąca pokrywa z wiecznych chmur zaczęła rozbłyskiwać w oddali oznaczając nadchodzącą burzę.

Gdy grupa przemierzał puste ulice rozchodzące się między małymi domkami z obszernymi podwórzami mogli zauważyć inny rodzaj sępów krążących nad nimi. Wykorzystując ostatnie promienie grupa czterech gryfów ubranych w jednakowe czarne pancerze zanurkowała i wylądował przed bohaterami, blokując im drogę. Jednak nie stanęli od razu w pozycjach bojowych. Jeden z nich mający opaskę na jednym oku i zebrikański karabin sztormowy na plecach wyprostował się i podszedł w stronę grupy. - Jesteśmy grupą poszukiwawczą z oddziału Szponów. Poszukujemy tego kucyka. - Powiedział wyciągając zza pleców duże zdjęcie. Było ono nieco zamazane ale można było na nim rozpoznać Phantom Shield'a. - Widzieliście go? - Gryf zapytał pobieżnie pokazując zdjęcie w stronę każdego z członków grupy.



Rose słysząc cenę jaką podał jej Mirage sięgnęła do swojego plecaka i wyciągnęła woreczek z kapslami odliczyła odpowiednią ilość i podała ją drugiemu gryfowi. - Proszę oto kapsle. - Gdy czekała aż Mir poda jej jej zakup podszedł do niej Bolt i oddał karabin. Gryfak wzięła broń i dokładnie ją sprawdziła. - Nigdy nikomu nie ufaj własną bronią... Możesz to przypłacić życiem. Zawsze sprawdzaj czy działa, czy czegoś nie brakuje i takie tam... Oszczędzisz sobie krwi i bólu. - Skrzydlata pouczyła kucyka ze stajni rozbierając swój karabin i sprawdzając luzy. Gdy skończyła podłączyła magazynek i zreperowała zamek. Przycerowała przez lunetę i wymierzyła w jakiś cel na odległości około 500 metrów. Owym celem okazał się być jakiś dziki kot siedzący na dachu jednego z przedwojennych domów. Rose się zatrzymał. - Strzał. - Powiedziała wstrzymując oddech i strzelając. Rozległ się huk a ciało gryfki rozświetlił blask płomienia wylotowego. Natomiast w miejscu w którym znajdował się kot teraz pozostało jedynie fruwające futro.

Gdy przechodzili przez zniszczone przedmieścia dziobata miała dziwne przeczucie że była obserwowana. Jej przeczucie się nie myliło. Grupa najemnych gryfów stanęła przed nią i resztą. Nie chciała reagować zbyt gwałtownie, jednak gdy gryfy wyjaśniły swój cel lekko się wzdrygnęła. "Pięknie... Shield coś ty odpierdolił?" Pomyślała powoli przesuwając się by zasłonić kucyka.
Odpowiedz
Shield odpowiada Boltowi - Emmm, nie jest ze mną okej, nie chciałem cie przestraszyć stary ale tak to jest jak inne zasilanie nie działa na pustkowiach normalnie a jak jakiś robot nie chce wyglądać.... - powiedział.

Shield coś sprawdzał w swoim pipbucku a gdy się ściemniło załączył noktowizję w oku i szedł dalej za grupą, nagle się zatrzymali, wychylił się lekko zza Gryfki i się przeraził od razu chowając za nią. - "No ładnie, jesteśmy martwi, jesteśmy martwi" - mówił sobie w myślach, przyrzegnał się powiedział żeby Luna go broniła i wstał z plota, założył pełny swój kamuflaż i założył swój beret do cichych akcji, szczęście że na zdjęciu był bez tego bo musieli by go rozebrać żeby więcej się skojarzyć.....

Kryl się ciągle za gryficą i czekał na rozwój sytuacji....
[Obrazek: u9nlf6A.jpg]
Odpowiedz
"Kurczę gdzie się nie obejrzę to gryfy" pomyślałem sobie kiedy kolejne gryfy stanęły przed naszą podróżującą grupą - Panie Until Horse czy naprawdę kucyków na pustkowiach jest tak mało? Gdzie się nie obejrzę to gryfy to trochę przerażające co się stało z Equestią.

Zwróciłem się do grupy gryfów i spojrzałem na zdjęcie - mhm - "To shiled, to mamy problem. Wolałbym nie nadstawiać za niego karku patrząc że ledwo go znam a on sam pakuje się w problemy ale bliźniaki mnie wyciągnęły jak samemu zrobiłem coś takiego będąc żółtodziobem. Co tu zrobić..."
Odpowiedz
Umbra w ślady gryficy oddał kilka strzałów próbnych na oko przyjmując 50, 100 i 200 metrów, a następnie oddał jeden strzał na 400, z satysfakcją stwierdził, że karabinek ma dużo większą moc obalającą i penetrację, szybkostrzelność była zbliżona do jego Spreyera, a odrzut sprawiał, że nawet pomimo ciężaru tłumika broń podskakiwała w szponach. Dźwięk przypominał stłumione, miękkie „Pfft” karabinu Mira. Celność na trzy pierwsze odległości była dobra, zaś na czwartą zadowalająca, jak na pierwszą próbę, choć zdawał sobie sprawę, że z czasem zacznie zauważać więcej wad. Konstrukcja była lżejsza od jego poprzednika i sam sposób użytkowania wydawał mu się wygodniejszy, pomimo tego, że bardzo lubił konstrukcje w układzie bezkolbowym.

– Fiu, Fiu zdaję się, że nie nosisz tego karabinu na darmo – gryf uśmiechnął się widząc strzał, jaki oddała Rose, kiwając pobratymce z uznaniem – dobrze wiedzieć.

Gdy tylko zaczęło się ściemniać bracia opuścili gogle na oczy. Dzielnica mieszkalna przypominała braciom ich stare okolice, choć daleko im było do przed mieści Manehattanu. Starszy z barci zastanawiał się, czemu ich lider wybrał taką drogę, gdzie okolica stwarza doskonałe warunki na zasadzkę, gdyby sam kierował grupą, wybrałby najkrótszą drogę do granicy miasta, a potem ruszył pustkowiem, gdzie stężenie wszelkich bandytów, kanibali i tym podobnych sięga minimum. Nagle po czół, że coś pełznie mu po karku, gdzieś między piórami i sierścią, spojrzał na Mirage z niepewnością, ów wydawał się bardziej spięty niż zazwyczaj, a mrówki przesunęły się między skrzydła. Gdy czwórka odzianych na czarno gryfów znalazła się w ich zasięgu wzroku, bracia drgnęli w konsternacji. Gryfy widziały ich i zmierzały w ich stronę, gdyby ich zamiary były wrogie, już dawno zacząłby się młyn. Wstrzymali się z unoszeniem broni, ale wciąż pozostawali w gotowości. Gdy padły pierwsze słowa z dziobu jednooka, bliźniaki były już pewne.

– Boa, Chłopaki, co tam u was chore pojeby?! – Umbra wraz z bratem ruszyli w kierunku Szponów, witając się i wymieniając grzeczności na poziomie najemnej bandy, reszta mogła bez trudu zauważyć, że ich zachowanie uległo diametralnej zmianie.

– Slinger, Ghost … co wy do jasnej przenajświętszej kurwy tu robicie, powinniście być na Forcie tydzień temu, ktoś nas potraktował jak szczury, kurwa – powiedział Szpon z wyrzutem i sporą dawką złości, bracia popatrzyli na siebie, a grupa mogła spostrzec szczere zdziwienie na obliczach dwójki – nic nie wiecie?! Gdzie wy do przenajświętszej puszczalskiej kurwy, byli pieprzone złamasy, radia nie słyszeliście albo plotek? A zresztą… macie kurwa newesa, wytruli nas, rozumiecie? Jak szczury, kurwa! Przybyła karawana wypchana po brzegi fajkami, alkoholem, narkotykami i innymi kurwa pysznościami. Znikąd kurwa, w czasie, gdy wszędzie indziej susza, do cholery. Jak się kompania rzuciła targu dobijać, to wy pojęcia nie macie, wszyscy wyposzczeni jak diabli. Palą, ćpają i piją bez umiaru, aż żałowałem, że na zlecenie wychodzę z brygadą, fajki tylko kupiłem, biednie, bo szmalu nie miałem i rozumiecie, że jebane kurwa wypadły mi gdzieś nawet jednej nie spaliłem… i kurwa fartem, żem życie wygrał! Wszystko potrute złamas pieprzony miał, po kilku godzinach wszyscy, co skorzystali z jego dobrodziejstw zaczęli wymiotować krwią, z oczu i uszu krwawili, jeden to nawet biegunki dostał… różnie, kurwa. Co inna osoba, to inny przypadek, ze cztery piąte załogi zdechło. Nasza szanowna pani medyk doszła do tego, co to za świństwo było, ponoć jakaś tam Objawówka po naszemu, zebrza klątwa jakaś, a potem sama zdechła. Jak jedno udało jej się wyleczyć, to drugie się załączało, totalne szaleństwo, kurwa. I jeszcze ktoś nas kurwa z Fortu wyjebał, jakaś zgrana ekipa, mówię szaleństwo kurwa!

– Zaraz, Heal Beam nie żyje? – zapytał z niedowierzaniem.

– Najszczersze kondolencje Stary, fajna z niej sztuka była, uczona… ale wiesz, że nie tylko ty ją pukałeś – gryf zarechotał obrzydliwie.

Umbra rzucił się w stronę gryfa jakby go miał na strzępy rozerwać, ale wtedy złapał go Mir:

–Już, już… uspokój się, ja też ją pukałem, on ją pukał i on… – wskazywał kolejno Szpony Mir – wszyscy ją chyba pukali – gryfy zarechotały razem.

– A to kurwa jedna, sorry Boa, poniosło mnie, to co teraz? Szef żyje?

– A no żyje kurwa, ale co to za życie bez pełnej załogi i miejscówki, ale niedługo wszystko wróci do normy, chłopaki nie ma, co się łamać za dwa dni przybędą posiłki z okolicy, a trzeciego to im tam piekło zgotujemy, obecność kurwa obowiązkowa, tak więc kończyć mi, to co zaczęliście i na miejsce zbiórki – powiedział brzydko się uśmiechając – co wy w ogóle teraz robicie i gdzie macie swoje pancerze?

– Z doktorkiem się spiknęliśmy w barze jakieś dwa dni temu na obrzeżach – gryf wskazał Untie’a a potem przeciwny kierunek niż ten, w którym zmierzali – jajogłowy ma jaja, cholera zaproponował nie małą sumkę i wyposażył nas w te lśniące giwery, pancerze, ba nawet w mundury ubrał, żebyśmy się prezentowali, nasze graty w torbach nosimy… ale do rzeczy, skubany do metra nam podróż zgotował, pojmujecie? – gryfy cofnęły się lekko, a na ich obliczach widniało niedowierzanie – Serio kurwa do metra, ale to raczej kiedy indziej opowiemy, reszta dołączyła do nas przed samą wyprawą, teraz nam trzeba wyniki i pracodawcę odstawić do ośrodka za miastem, a tego małego, parszywego gnojka, złodziejaszka to już możecie sobie odpuścić.

– O czym ty mówisz Um? – zaciekawił się gryf, a reszta wymieniła spojrzenia, o rodzaj prac doktora i jego wyniki nawet nie spytali.

– Ktoś go dopadł na skrzyżowaniu dwudziestej pierwszej, zawisnął na stalowej lince, do goła obrali nawet i coś na wieczór u czknęli do garnka. Ledwo go rozpoznaliśmy, ale to na sto procent był on, takiej gęby się nie zapomina, gładzioch pewno ze stajni.

Na hud'zie Uma pojawiła się zielona kropka, chwilę później jej środek przeciął czerwony wyraźny krzyż. Urządzenia które używali bracia, były rzadkością na pustkowiach i działały w dość odmienny sposób, by nie można było ich mylić z systemami zaimplementowanymi w Pipbuckach. Ów były pozbawione charakterystycznych kompasów z opcją "swój i wróg" działającą w jednej płaszczyźnie, za to pozwalały spostrzec znacznik osoby wyposażonej w identyczny sprzęt na większą odległość i we wszystkich trzech wymiarach. Dlatego gryf wiedział, którym szponem może się już właściwie nie przejmować, ze względu na oznaczony przez sprzymierzeńca cel.

– Kurwa – gryf skrzywił się drąc zdjęcie na strzępy – ja pieprzę, tak miałem ochotę wypruć mu falki, pobawić się młodym mięskiem… pójdziem jeszcze obadać resztki o ile coś zostało, wierzę wam chłopaki, bo nie raz się zasłużyliście, równi z was goście… poza tym, siedzimy w tym razem, a przenieśliśmy obóz w to miejsce – gryf zbliżył się do Uma pokazując mu punkt na mapie, po czym pokazał jeszcze trzy miejsca, Umbra zaznaczył miejsce gdzie leżą domniemane szczątki młodego towarzysza, a następnie uśmiechnął się, a w oczach zatańczyły ogniki – to co? Komu w drogę… – urwał – macie jeszcze fotkę tego handlarza, jak go znajdziecie…

– Żywego, masz jak opryszczkę w burdelu – zapewnił Um – będzie rozpierdol, zapłacą nam za to Boa, jebane pizdy… wybijemy, co do nogi – uśmiechnął się podle.
Grupa mogła widzieć w braciach teraz jedynie podłych, niecofających się przed żadną potwornością bandytów, najemników bez skrupułów czy krztyny moralności, widzieli Szpony w ich najczęstszej postaci.

– Dobra mordy, trzymajcie się musimy lecieć żeby nam szczątków tego małego gnojka do końca nie rozkradli – gryf wyciągnął prawą łapę, lecz zawahał się – łapa wciąż nie halo? – starszy skrzywił się i niechętnie kiwnął głową.

Um zdawał sobie sprawę, że polubownie sprawa raczej się nie rozwiąże. Przeczuwał, że gdy tylko tamci pójdą w swoją stronę, mogą przypadkiem zauważyć swój domniemany gryzący piach z założenia cel, którym był Shield. Gryf kilka razy spoglądał ukradkiem na grupę, wspominając o niej i widział jak ma się sytuacja. Um rozmyślał, robił to z zimnym wyrachowaniem, był przyzwyczajony, to w końcu była jego praca: "Niby z odrobiną szczęścia mogłoby się udać bez używania przemocy, ale po spędzeniu z nimi tak niemiłosiernie długiego czasu, który ciągną się tak obrzydliwie. Mam ich dosyć i cały sens z naszego wysiłku, miał doprowadzić do tych bieżących wydarzeń, które już się dzieją i muszą dziać dalej..."

Gdy gryf wyciągnął lewą na pożegnanie, choć jakoś mu to nie leżało, Umbra chwycił ją, wiedząc co się za chwile wydarzy, zdając sobie sprawę, że podjął już decyzję. Gryf poczuł jak zostaje przyciągnięty, spodziewał się tego, był to zwyczaj Boa'y, pożegnanie na miarę ziomali dorastających na jednej ulicy, zawsze mogących liczyć na swoją pomoc i gdy tylko poczuł pierwsze klepnięcie w plecy, pistolet już był w jego szponach. A w jego rękawie były dwa silne asy, pierwszy z nich symbolizował zaskoczenie, a drugi symbolizował natchnionego strzelca, a jednocześnie jego dobrego przyjaciela. Szalę przeważały również, obiecujące czynniki przypadkowe jakimi była ich obecna kompania. Gryfowi przeszło jeszcze przez głowę, że możliwe jest, że źle ocenił Rose w tym rozdaniu, lecz jest to raczej kwestią czasu i zaraz wszystko się okaże czarno na białym.

Starszy z braci oddał dwa strzały pierwszy trafił gryfa po prawej stronie w lewy obojczyk osłonięty pancerzem, trafiony pod wpływem uderzenia pocisku targnął się, kompletnie zdziwiony. Drugi strzał trafił w bok szyi odsłoniętej przez przesunięcie sylwetki, spowodowane za sprawą pierwszego trafienia, gryf upadł na plecy starając się zatrzymać krwawienie z miejsca postrzału, jedną łapą zaczął sięgać po miksturę leczniczą, lecz było już dla niego za późno. Gdy tylko wystrzelił, Um natychmiast odepchnął od siebie Boa i przykucnął, przesuwając ciężar ciała do tłu w celu zwiększenia dystansu od przeciwnika. Nóż, który miał go trafić w bok, rozharatał mu oblicze i kawałek szyi, gryf syknął osuszając magazynek z pozycji leżącej na plecach, aż do momentu, gdy nie zobaczył, że bezwładne już ciało byłego kamrata upada, starszy z braci nie obawiał się tak bardzo noża jak zabójczego uścisku gryfa, ów nie na darmo zwany był od gatunkowej nazwy węży dusicieli. Um otworzył szerzej oczy w przerażeniu, gdy zobaczył jak zza ciała Boa pojawia się celująca do Mira sylwetka gryfa, który stał z tyłu obserwując dwunastą. Gryf wcisnął spust raz jeszcze, gdy zauważył, że zamek pistoletu zablokowany jest w tylnym położeniu, dlatego w chwilowym zdziwieniu spoglądał na upadające ciało z roztrzaskaną jak arbuz głową, która rozprysnęła się po okolicy, zabryzgując wszystko w pobliżu.

Gdy zostały oddane pierwsze strzały, znaczniki na EFS’ie Reda, zmieniły kolor na czerwony. Grupa zaś nie była za bardzo wstanie pomóc braciom, ze względu, że ów, co chwilę byli na linii strzału.

W tym samym czasie Mirage rzucił się na Szpona po lewej ścinając go z nóg wykorzystując wywołane wcześniej zaskoczenie i kilkoma uderzeniami wyprowadzonymi z pozycji siedzącej na brzuchu gryfa udało mu się go doprowadzić do stanu nieprzytomności. Gdy zauważył mierzącego do niego gryfa szybko nakrył się ciałem nieprzytomnego Szpona, gdy spodziewane strzały w jego kierunku nie nastąpiły, wychylił się lekko zza ciała trzymając w łapie swój rewolwer.
Phantom mógł zauważyć, że prawdopodobnie w budynku obok pojawił się jeszcze jeden znacznik, a zaraz za nim drugi.
Przez chwilę było słychać straszny raban z domku stojącego obok całego zajścia, dwa strzały ze strzelby dobiegły z wnętrza, stłumione przez murszejące ściany, następnie przekleństwa i szuranie, aż w końcu zza budynku dało się słyszeć rozsypujące się pod wpływem uderzenia drzwi na ogród. Padł kolejny strzał ze strzelby i wtedy grupa ujrzała wzbijającego się w powietrze gryfa w barwach szponów, któremu najwyraźniej bardzo się śpieszyło.

Posiadacz Pipbucka mógł ciągle obserwować jak dwie kreski lawirują dokoła siebie, mógł domyślać się, że ich ruchy przedstawiają walkę, lub zwykłą gonitwę po pokojach, oba znaczniki były dla niego neutralne.

Rose nie zawahała się nawet sekundy, adrenalina krążyła w jej żyłach już od samego początku, a karabin wyborowy jakby domagał się atencji. Nawyki pozwoliły jej bezbłędnie złożyć się do strzału, a zimny przemyślany impuls pozwolił pociągnąć za spust w odpowiednim momencie, nic więcej nie było jej potrzebne, by pomóc Szponowi przedostać się na „tamtą” stronę. Nim ciało zaczęło opadać w dół, zostało pochwycone i rzucone do reszty bez szczególnej delikatności, przez przelatującą szarą smugę.

– Grawitacja to wredna suka – powiedział kuc ziemny o lekkiej atletycznej budowie, z wręcz wiatrem podszytym siodłem bojowym wyposażonym w strzelbę, oraz wytłumionym pistoletem w kaburze na piersi, żółty kuc z czarną grzywą i różowymi, żywymi oczami wychodził właśnie przez framugę drzwi wejściowych domu, które zapewne już jakiś czas temu zdały swą wartę – ale ty…

Nowo przybyły zwrócił się do gryficy:

– Prawdopodobnie jesteś gorsza – uśmiechnął się zadziornie, po czym ciężki westchnięcie zwróciło jego uwagę na ranionego gryfa.

– Ughhh – Um usiadł, trzymając się za twarz, z pod łapy ściekała krew – Rush, miło cię widzieć przyjacielu, gryf uśmiechnął się, pomimo rany.

Kuc też się uśmiechnął i z ciekawością przyglądał się grupie, aż w końcu odezwał się:

– Reszta przybędzie za chwilę – powiedział kierując słowa ni to do Umbry ni to do grupy, lecz kolejne jego słowa były skierowane wyłącznie do owej, co pozwoliło zrozumieć spojrzenie kuca w jej kierunku – nie strzelajcie, ładnie proszę.

Shield mógł potwierdzić, że każda kolejna osoba pojawiająca się w okolicy nie była wrogo nastawiona.

Chwilę później na drodze nieopodal wylądował pegaz w podniszczonym staro wyglądającym pegazim pancerzu wspomaganym w kolorze szarego nieba, hełm zwisł na paskach, a sam pegaz tylko kiwnął głową na powitanie. Zza rogu wybiegła trójka kucy, pierwszym pomimo dźwiganego przez kuca ziemnego ciężaru był Vanadium, ów był ciężko opancerzony, jego całe ciało było pokryte pancerzem, a na głowie miał jeszcze ciężej wyglądający o ile to możliwe, hełm z przyłbicą i wbudowanym grubym przeźroczystym wizjerem. „Cha-czunk”, było pierwszym, co wszyscy mogli z jego strony usłyszeć, a potem:

– Niech nikt się nie rusza bo… haaa – wziął głęboki oddech, ze względu na domagające się powietrza płuca – przerobię was na durszlaki do makaronu wy dranie! – jego dobór słów, był prawie, że zabawny biorąc pod uwagę sytuację i jego ciężkie dyszenie.

– Vanadium, wszystko pod kontrolą, to przyjaciele – powiedział Um, odrywając łapę od oblicza i przyglądając się jej, po czym znów ją przyłożył z powrotem czując jak do rany dostaje się słony pot, powodując dość nie przyjemne uczucie, po czym spostrzegł człapiącego w jego stronę Vanada – O nie, nie zrobisz tego…
Kuc podszedł bliżej, po czym upadł przygniatając Uma do ziemi. Kuc uniósł przyłbicę, a spod niej wyjrzało oblicze pokryte sierścią koloru odpowiadającemu metalowi przejściowemu będącego jego imieniem, jego oczy były niebieskie, a grzywa ciemnogranatowa.

– Ohhh, Braciaki brakowało nam was – śmiał się radośnie ciężko opancerzony kuc do momentu, gdy zobaczył z bliska oblicze przyjaciela – medyk! – wydarł się kuc, a w jego głosie było słychać panikę.

Zaraz za nim pojawił się jednorożec odziany w smukły płaszcz i kapelusz kowbojski przez, który wystawał czarny róg, jak jego cała karnacja sierści, poprzetykana gdzie nie gdzie siwizną, a z pod nakrycia głowy wystawała siwa grzywa. Gdy uniósł głowę, spod ronda kapelusza widać było ciemno seledynowe zmęczone oczy. Tuż przy nim przykłusowała jednorożka, jej sierść była jasno czerwona oczy przenikliwie zielone, a grzywa była o ton ciemniejsza od sierści.

– Vanad, odsuń się na miłość Celestii, potem się po przytulacie kochasie, pozwól mi pracować! – klacz odsunęła kuca, choć zdawało się, że gdyby nie wysiłek ciężkiego kuca, nie wskórałaby zupełnie nic – Um pokarz gdzie cię boli.

Umbra uśmiechnął się ironicznie odsuwając łapę, Vanadium skrzywił się:

– I co wyjdzie z tego? – zapytał przejęty.

– Ma tylko rozharataną twarz, Vanad uspokój się idź mi stąd zajmij się czymś innym… – klacz śmiała się, Vanad rozejrzał się w konsternacji, po czym poczłapał w stronę grupy – dobra, mam rozumieć, że ma być na czysto?

Gryf kiwnął głową, spoglądając na Mirage:

– Wiesz, że ciężko będzie nam pracować, gdy zaczną nas odróżniać… – przerwała mu.

– Wiem i pamiętaj, że robię to tylko dla was, ktoś inny musiałby poczekać, aż do zejścia z pola – skrzywiła się, gdy jej czar diagnostyczny dobiegł końca – nie wiedziałam, że lubisz takie zabawy – zaczerwieniła się, jednocześnie śmiejąc się z gryfa.

Umbra jęknął z zażenowania:

– Naciąłem się, na jedną taką i tak jakoś wyszło, tylko ani mru mru, cholero jedna – powiedział, czując jak jej magia łata mu twarz.

– Twój sekret jest u mnie bezpieczny – uśmiechnęła się.

– Żałuję – westchnął – że nie ma na Pustkowiach więcej klaczy takich jak ty – powiedział w zamyśleniu.

Zaśmiała się znowu, a jej magia zsunęła się niżej. Um spojrzał na nią, po czym zapytał:

– Aż w tak dobrym humorze jesteś?

– Wy wciąż żyjecie, Fort jest w naszym posiadaniu… – zastanowiła się – tak wszystko zmierza w najlepszym kierunku – urwała na chwilę odwracając wzrok – wróćcie z nami, co? Nie szlajajcie się sami po Pustkowiach, bo w końcu przytrafi wam się coś naprawdę złego, a nas nie będzie w pobliżu by wam pomóc, myślałeś o tym, kiedy podróżowaliście sami? To już czwarty miesiąc… wróćcie z nami…

Gryf przerwał jej, zmykając ją w uścisku:

– Dziękuję Medicine, wrócimy jak tylko będziemy gotowi i teraz wcale nie podróżujemy sami – obrócił głowę w stronę grupy, pozwalając jej również spojrzeć w jej stronę – wciąż powinienem się, do ciebie zwracać Medicine, czy wolisz jednak bym wciąż zwracał się do ciebie Heal Beam – śmiał się, gdy uderzyła go w ramię.

Gryf wstał, gdy jego stara kompanka wyleczyła go z ran i wtedy spostrzegł Mira, który celował w głowę nieprzytomnego gryfa:

– Mirage! Co ty robisz?!

Nim gryf zdążył pociągnąć za spust rewolweru, ten został mu wybity z łapy i wylądował na ziemi. Obok Mira pojawił się gryf, był ubrany identycznie jak bracia, cała drużyna używała identycznych barw. Pobratymca gryfów pojawił się znikąd, a na EFS’ie młodego jednorożca wciąż nie był widoczny.
Gdy tylko tajemnicza postać zapanowała nad sytuacją, wyciągnęła do Mirage’a łapę, z zapytaniem:

– Mir, jesteś tam? – przez chwilę żałował, że podszedł tak blisko, ale zaraz po tym, gdy poczuł uścisk, nie na łapię, a dookoła tali, strach minął.

Mirage poderwał przyjaciela i obrócił nim kilka razy nim postawił go znów na ziemi, gryf był od niego mniejszy, niektórzy mogliby nawet powiedzieć, że jest raczej drobnej budowy, lecz dłuższe spojrzenie pozwalało zauważyć węzły mięśni niczym napięte stalowe linki precyzyjnych ramion robotów montażowych.

Um podniósł się, po czym przywitał się z przyjacielem uściskiem nadgarstków:

– Recon miło cię widzieć…

– Was też chłopaki – wtrącił się gryf – ale żeście wpadli, niczym śliwki w kompot i spapraliście nam akcje… – Um uśmiechał się bezczelnie – co cię tak bawi? Chcieliśmy ich śledzić do samego końca, odkryć gdzie się ukrywa reszta tych drani rozbić ich zanim będą stanowić coś naprawdę poważnie niebezpiecznego, ale jest jeszcze nadzieja w Eagle’u, może jemu się bardziej poszczęści.

Umbra pokazał mu mapę i zaznaczone na niej miejsca:

– Punkt zbiórki i trzy miejsca skąd będą docierać posiłki – uśmiechną się szeroko, a jego oblicze było wręcz groteskowe, bo pokryte zasychającą już krwią – nie musisz dziękować.

– To zmienia postać rzeczy… – gryf zamyślił się spoglądając na mapę.

Po odbyciu rozmowy ze starymi kompanami i ograbieniu ciał szponów, grupy stały naprzeciwko siebie, nie wiedząc, co dalej począć. Dyskomfort mniej lub więcej przerwał Vanad.

– Cześć! Nazywam się Vanadium – powiedział jakby nie mógł dłużej wytrzymać, siedzący od jakiegoś czasu przed grupą Horsa, ciężko zbrojny kuc, z miną tak przyjazną, że wyglądał jak istne niewiniątko.

Bracia wraz z resztą przybyłych zaśmiali się.

– Przecież nie są wrogo nastawieni, w czym problem? – spytał kuc, nie rozumiejąc, o co chodzi reszcie.

– Vanad, ja nie sądzę żeby ich to szczególnie interesowało jak się nazywasz – powiedziała klacz, która wcześniej uzdrowiła Uma – to przypadkowe spotkanie, nie będziemy się z nimi zaprzyjaźniać, zbieramy manatki i w drogę.

Kuc skrzywił się, po czym podniósł się, a przyłbica ciężkiego hełmu opadła i jakby ze smutkiem wrócił do reszty.

– Zanim się zwiniecie, jest jeszcze mała, naprawdę drobna sprawa – Um sięgnął do kieszeni i wydobył z niej delikatnie, malutką pegazicę – musicie ją zabrać i zapewnić jej bezpieczeństwo, to priorytet – równocześnie wysłał notkę do Recona, a gryf rozszerzył oczy w zaskoczeniu.

– Jaka drobniutka! – zachwyciła się klacz, gdy tylko zrozumiała, co Um trzyma w łapie.

Gryf zbliżył się do Rose:

– Czy mógłbym cię prosić, byś przywróciła ją do poprzedniego stanu?



Mir przeglądał sprzęt, jaki zdobyli na szponach, upewniając się również czy ów są tak martwi na jakich wyglądają, zaraz po tym, gdy sprawdził czy więzy wciąż nie przytomnego gryfa są na miejscu:

– Dobra rybiata, ktoś czegoś potrzebuje, jeśli tak wybierzcie coś sobie i powoli zawijamy się w dalszą drogę – powiedział młodszy z braci do eskorty Untie’a w między czasie.



(TO BYŁ DŁUGI CZAS, W KTÓRYM NIC SIĘ TUTAJ NIE DZIAŁO, ALE SESJA ZAPEWNE ZNÓW WRACA DO ŻYCIA. Odpiska jest długa i dzięki Kapitanowi tej łajby, przez krótki czas, zostaję sternikiem, co prawda wciąż czując czujny wzrok Kapitana na plecach, ale to zawsze coś. Przynajmniej do czasu, gdy pożegnamy się z częścią historii braci. Macie do dyspozycji nowy (szybki) wątek poboczy, który postaram się wam jak najbardziej przybliżyć. Życzę miłej zabawy w odkrywaniu przeszłości bliźniaków, jak i obecnych zdarzeń, które kształtują świat obecnie przez nas eksplorowany Grin)

(PS.: Żegnamy się również z postacią Luficza, Shally trafi teraz do lepszego miejsca, a przynajmniej nie do takich, do których reszta będzie trafiać podczas naszej rozgrywki. Miejmy nadzieję, że za jakiś czas się znów pojawi...)
I like my victims like I like my coffee... in the butt!
Odpowiedz
Phantom leży na asfalcie wręcz jakby ktoś go przygwoździł nie chciał się wychylać by nie dostać zabłąkaną kulą, patrzył na EFS jak czerwone znaczniki pojawiają się i znikaja po czym niektóre zmieniają w zielone, nie wiedział co się dzieje słyszał strzały więc lepiej się nie wychylać, gdy przestało podniósł wzrok, była ekipa z którą się szlajał i ci "nowi" nie wiedział czy można i ufać,czy jak się zdradzi to nie rzuca się na niego z bronią i nie odstrzelą na miejscu, wolał się nie wychylać wolał nie pokazywać swojego futerka albinosa i tak już jego grzywa prześwitywała, a jego oczy świeciły na fioletowo czy mógł od tak sie przywitać? lub ściągnąć z siebie kamuflaż? Nie wiedział jedno co wiedział to pierwsze sprawdzić stosunki miedzy grupami, coś mu nie pasowało, pustkowia były inne, a może to jest zalążek tejże przyjaźni z pustkowi? Może to prawda że pustkowiach może być przyjaźń a nie morderstwa i gwałty, wojny i pijaństwo, narkomania i inne takie?

Widział rozwaloną twarz Umbry, parę ciał i panią medyk, heh "norma", poczekał chwilkę chwilę potem się odezwał ciężkozbrojny kuc Vanadium, Phantom się uśmiechnął podszedł do niego, wyglądał na spoko gościa, przynajmniej po sobie nie pokazywał innej strony, Phantom podszedł do niego i przysiadł.
- Phantom jestem....-ściągnął z siebie kamo by widać było jego biała jak czysty śnieg mordę z para fioletowych świecących oczu z czego jedno cybernetyczne, podał mu kopyto na powitanie. - Co tam ferajna?

Jego uśmieszek nie był poważny ale czy cokolwiek na tym świecie było poważne? Nie.... Powagą jedyną jest to strzelaj i nie daj się zastrzelić, tyle najważniejsze.... Chyba?

Był na wyciągnięcie kopyta, wręcz czekał aż Vanadium mu je przybije na powitanie, lub pożegnanie....
- Przyjaciół poznaje się w biedzie lub w dziwnych sytuacjach jak ta co nie?
[Obrazek: u9nlf6A.jpg]
Odpowiedz
Rose stał przed białym kucykiem starając się go zasłonić przed bandą najemników stojących przed nią i resztą grupy. "Szlak by jasny trafił ciebie i twoje wybryki świeżaku." Syknęła w myślach, ukradkiem rzucając spojrzenie na Shielda. "Dlaczego kucyki ze stajni muszą zawsze sprawiać tyle problemów?" Po tym zdaniu zaś zwróciła wzrok na Bolta. Jej mięśnie były napięte, a szpony wbijały się w taśmę klejącą, która trzymała do kupy stare drewniane okładziny na jej karabinie. "To może się skończyć pieprznął jatką..." Bezgłośnie gwizdnęła patrząc na czterech uzbrojonych najmitów.

To co stało się chwilę później zaskoczyło skrzydlatą. Umbra wraz z Mirem zaczęli się witać z owymi szponami jak ze starymi znajomymi. Przez chwilę obserwował co się dzieje po czym nieznacznie się wyprostował i rozluźniła. Gryfka patrząc na to co robią jej pobratymcy uśmiechnęła się nieznacznie. "Nie sądziłam, że znają się z tym kontyngentem szponów... Ciekawe czym mnie jeszcze ta dwójka zaskoczy." Pomimo całej zaistniałej sytuacji nie traciła czujności. Dobrze wiedziała, że gówno nadal może nadal trafić w wiatrak, i się nie myliła.

Gdy padły pierwsze strzał szybko poderwała do oka karabin, jednak nie miała czystego strzału, bo jej linię blokowali bracia lub po prostu dany cel był już martwy. Dopiero po chwili miała okazję się przyłączyć. Gdy w niebo wzbił się kolejny gryf, Rose wiedziała, że już jest martwy. Krzyżyk siatki celowniczej zawisł na sylwetce gryfa w ułamku sekundy, a przez jej głowę przelatywało milion myśli, które stały się już odruchem. "Trajektoria. Prędkość. Odległość..." Wszystkie statystyki szybko się dodały i przeliczyły, a jej celownik pobiegł na idealną pozycję. Nie wiedziała czy był to wróg czy nie, to się na razie nie liczyło. Liczyło się tylko to przyjemne szarpniecie gdy odrzut kopną ją w bark. Gdy ogień rozświetlił wylot lufy karabinu jej oczy rozświetliły się żywą czerwienią, niczym rozgrzane węgle. Gdy trafiony przez nią szpon runą na ziemię uśmiechnęła się, ale jej karabin pozostał przy jej oku skanując resztę pola i to co na nim zostało.

Każda nowa twarz przez pierwsze parę minut musiała znieść na sobie celownik karabinu Rose dopóki gryfi bracia nie zaczęli witać pozostałych przybyłych. "To nie jest zbieg okoliczności... Nienawidzę takich sytuacji." Po chwili gdy Umbra się podniósł, a jego buźka została połatana przez nowo przybyłych, skrzydlata zawiesiła karabin z powrotem na plecy. Nie ruszyła się ani nie powiedział słowa, to nie była jej bajka.

Kiedy Umbra poprosił ją by przywróciła pewien balast do swojego poprzedniego stanu zaczęła iść w jego stronę, ale nadal jej coś nie pasowało i miała złe przeczucia.
Odpowiedz
- kolejne gryfy. Czuje sie jak wymierrajacy gatunek - powiedzialem do shielda kiedy rozlegla sie brawura blizniakow i ich poczatkowe powitania. Przygotowalem na wszelki wypadek rewolwer i odbezpieczylem go w kieszeni plaszcza tak jak wczesniej w metrze. " ciekawe czy gryfy tez umieja byc superszybkie jak tamten ghul" - myslalem sobie w momencie kiedy rozpoczela sie jatka przygotowalem swoj nowy karabin i czekalem na czysta pozycje do strzalu. Na ssczescie blizniakow byl poza nami ktos jeszcze kto ocalil im skore bowiem ja moglbym podziurawic ich rownie latwo co przeciwnikow.

Po wszystkim podeszla do nas jakas puszka bardzk mila i shield poszedl sie przywitac wiec tez poszedlem majac rewolwer w pogotowiu jakby co. Pokiwalem ogierowi - czesc jestem bolt - " chyba nie zrobilem nic zlego " spojrzalem na rose ktora stane,a miedzh nami a nimi.

- mir sie wylize? - zapytalem glosno niewiedzac ktory to ktory. - o pegaz - usmiechnalem sie na widok latajacego jegomoscia. -spojrz shield kolejny pegaz- powiedzialem podchodzac do zwiazanego nieprzytomnego gryfa - a z tym co sie stanie?
Rewolwer ciagle siedzial odbezpieczony "lepiej nie ryzykowac. Swoim wbiki noz w plecy a co dopiero obcym jak ja."
Odpowiedz
– A co ja pies, żeby się po jajkach lizać? Bardziej preferuję prysznice... – powiedział Mir w żartobliwym obrzydzeniu.

– Jestem cały – rzucił krótko Um, zdążając się przyzwyczaić do pomyłek nowego kamrata.

Vanad rozpromienił się, a przyłbica szybko uniosła się w górę:

– Miło mi poznać – kuc silnie i bardzo ochoczo potrząsnął kopytami Bolta i Shielda w geście przywitania – jest dobrze, nawet bardzo, dzięki, że pytasz – spojrzał na białego kuca – ostatnio jest całkiem spokojnie i nie żeby, to miało związek z coraz to mniejszą ilością szponów "ekhm" bandytów w okolicy – kuc kaszlnął znacząco w kopyto, po czym puścił oczko do dwójki, a następnie odwrócił się do reszty wołając triumfalnie – Ha, Łyso wam co! Nie wszyscy zatracili dobre obyczaje społeczne, w tym zepsutym świecie!

Reszta zaśmiała się, reagując na zaczepkę towarzyskiego, ciężko opancerzonego kuca, który teraz przyjrzał się dwójce uważniej:

– Jak mniemam, obaj jesteście ze stajni... – uśmiechnął się – swój swojego pozna, fajny pancerz, kiedyś sam taki nosiłem, ale zmieniłem go na bardziej praktyczny "tutaj", cybernetyczne oko, ale gadżet... długo jesteście na pustkowiach?! Działo się coś ciekawego? Co sądzicie o Mirze i Umie, w ogóle długo się znacie? Wspominali coś o mnie?! Chyba mnie nie obgadywali, co? Co do oka, zabieg był bolesny? Masz tam rentgena? Jeszcze o tyle chciałbym zapytać, a jest tak mało czasu! A...

– Vanad, uspokój się i daj im dojść wreszcie do słowa – uciął coraz bardziej nakręcającemu się kucowi Mir, nie odwracając się od zwłok jednego ze szponów, nagle uśmiechnął się pod nosem – tak, w ogóle, to Bolt jest naszym nowym rekrutem, możliwe, że niedługo będziesz go widywał częściej.

Kuc wyglądał jakby się zaciął, dość szybko przetrawił, co właśnie przekazał mu gryf.

– Mam się poczuć zazdrosny? Nie, już się czuję zazdrosny, będziesz teraz spędzać sporo czasu z Bliźniakami, a ja widzę ich pierwszy raz od kilku miesięcy, to jest nie fair. Poza tym, skądś to już znam, mnie znalazł w przysłowiowym szambie Recon, choć ja już zapoznanie z Pustkowiami, miałem za sobą... na początku pracowałem dla gangu, czy może bardziej mafii w Las Pegasus... – uśmiechnął się krzywo, jakby po fakcie, że nie zdążył się ugryźć w język – w końcu im podpadłem, bo córka mafiozy, której miałem pilnować, zaczęła przejawiać dość nie gangsterskie poglądy – kuc uśmiechnął się do wspomnień.

Nagle rozmowę przeciął rozdzierający bębenki huk wystrzału...



Spokój, który zapanował był wręcz sztuczny, a los tak chciał, że nikt poza Rose i jeszcze jednej osoby, nie był w stanie spodziewać się kolejnych zdarzeń, lata które gryfica spędziła na Pustkowiach sprawiły, że stała się jedną z tych, którzy czuli "JE", a sposobu w jaki to robili można było opisywać wręcz mistycyzmem. Um wciąż drżał od adrenaliny, która zaczęła już z niego uchodzić, a jego zmysły stały się przytępione. Mir sprawdzał kolejne ciała, a reszta osób z grup rozglądała się albo witała z nieznajomymi. Nikt nie zauważył, że jedno z domniemanych martwych ciał zaczyna się poruszać, na początku powoli, później coraz szybciej jakby osoba wracająca z martwych przypominała sobie, co się przed chwilą stało...



Umbra zbliżał się do Rose, obserwator widzący całą sytuację z boku, poczułby, że czas zwalnia choć na chwilę, szpon zerwał się z ziemi i w mgnieniu oka zerwał się do skoku. Rose zauważyła ruch za plecami Umbry, skok adrenaliny pozwolił jej zauważyć nawet zbędne szczegóły, jakim było na przykład przepełnione czystą nieracjonalną nienawiścią oblicze napastnika. Boa był wściekły, chciał zabrać ze sobą choćby jedno życie, należące do łachudry, która zyskała sobie jego zaufanie, czy choćby jego zalążek, a potem zdradziła go. Umbra, nim zdał sobie sprawę jak, na wiele różnych sposobów mógł zginąć, zadał sobie tylko jedno pytanie: "Czemu Rose dobywa obrzyna?". Wszystko działo się w ułamkach sekund, Um był na wyciągnięcie łapy, cel zbliżał się, a odruchy wzięły górę nad Weteranką. Stalowa odepchnęła Uma i gdy tylko miała dość miejsca, gardziele wygłodniałej bestii zaryczały. Gryfica nie patyczkowała się, oddała strzał z obu luf jednocześnie, stwierdzając z satysfakcją, że pozbyła się problemu na dobre. Większość śrucin, trafiła w obręb klatki piersiowej szpona, a część odnalazła szyję jak i głowę najmity, drobna część wiązki uciekła w przestrzeń nad ramionami celu.

Gryf ogłuszony odwrócił głowę, wciąż słysząc ogłuszający pisk w uszach, gdy zrozumiał co się właśnie stało, odetchnął ciężko, po czym powoli otworzył łapy i znów wypuścił powietrze, tym razem z ulgą.

– Dzi… dzi… – gryf pacał się przez chwilę wnętrzem łapy w ucho, jakby stała w nim woda – MAP! Map! Maaap! Dzięki!

Mir pomógł wstać bratu, kiwnął tylko głową w stronę Rose w geście, że jest wdzięczny za to, co gryfica zrobiła dla jego brata.

– To jest po prostu jakiś żart, komedia… – zaczął starszy jednorożec, ale przerwano mu.

– Um wpakował w niego więcej niż pół magazynka… – powedział Recon, zanim i mu przerwano.

– Nie zmienia faktu, że gość wstał z mordem w oczach, nie powinno do tego dojść, w końcu nie jesteśmy jakimiś partaczami, na miłość do Celestii… gdyby nie ta młoda gryfka, sam bym go wykończył, nie zmienia to jednak faktu, że dopuściliśmy do tej sytuacji, to jest niewybaczalne. Nie będę się teraz dalej nad tym rozwodził, nie ma to większego sensu, aczkolwiek liczę na to, że taka sytuacja się więcej nie powtórzy… – spojrzał na Mirage i skrzywił się – może to jemu powinieneś palnąć w łeb, gdy jeszcze leżał udawając, czy może rzeczywiście będąc nieprzytomnym.
Oczy Młodszego z braci zwęziły się, zawieszone na jednorożcu, a Um spoglądał na wszystkich starając się zrozumieć o co chodzi, gdy jednorożec kontynuował:

– Tak właściwie, to czemu chciałeś rozwalić mu łeb... – urwał znacząco – bezbronnemu, wcześniej pobitemu przez ciebie szponowi? Przecież to nie w naszym stylu, nie jesteśmy dzikusami, co nie Mir?

– Magician, przestań… nie wiesz o czym mówisz – powiedział Um, starając się skupić na swojej mowie.

– Jak rozumiem chcesz, mi powiedzieć, że zapewne sobie na to zasłużył, w to nie wątpię, ale strzelić nieprzytomnemu w głowę, jest zapewne najlepszym rozwiązaniem?! – kuc w kwiecie wieku był zdenerwowany.

– Teddy, Mir chciał rozwalić łeb Teddiemu, tak nazywa się gryf, który leży teraz spętany jak prosię na rzeź…

– A co to ma do rzeczy?! – przerwał kuc, nie do końca rozumiejąc, o co chodzi starszemu z braci.

– A ma dosyć sporo… pamiętacie sprawę na jakąś się natknęliśmy w osadzie na zachód od Canterlotu?

– Żartujesz sobie ze mnie Umbra, nie mów mi, że to jest ten sam gość… – kuc, przysiadł tak jakby jakiś ogromny ciężar spadł mu właśnie z serca.

– Mir widział go, jak bije młodego pegaza, któremy wcześniej zakatrupili matkę… chcieli go siłą zrekrutować, próbowaliśmy go chronić, ale nie udało nam się. Mir szukał później sposobu, by dobrać się do Teddiego, zaczął spędzać z nim więcej czasu. Pewnej nocy w pod wpływem, zdradził nam i kilku swoim koleżką o swoim największym wyczynie, podał dość szczegółów, że mogliśmy być pewni, że to na pewno był on, mógł się też temu przyglądać, ale sposób w jaki opisał to wszystko… raczej to wyklucza.

– O Luno i Celestio przenajświętsze… w końcu ta matka zazna spokoju, siedem lat… siedem lat minęło i w końcu na niego trafiliśmy, to cud, albo dopadła go wreszcie Karma – kuc podniósł się, poczym przeprosił Mira – Chłopcze ja… może niepotrzebnie mnie poniosło, ale nie zmienia to faktu, że nie potrafisz powściągnąć swych emocji, liczę że się poprawisz, dobra robota tak przy okazji – wymamrotał kuc.

– Przeprosiny przyjęte – powiedział cicho Mir, odchodząc na chwilę na bok.

Um wiedział, że to wszystko było tylko przykrywką dla rzeczywistego powodu czemu starszy kuc tak naciskał na jego brata. Kuc nie ufał jeszcze do końca Mirowi, wiedział o jego problemach. Pobudki staruszka były czysto szlachetne, sam nigdy nie negował tego, że Mir stoi po właściwej stronie, ale bał się, że pewnego dnia zrobi krzywdę niewłaściwej osobie, a wtedy, jak bardzo by tego nie chciał, będzie musiał zareagować i nie chciał, by kiedykolwiek do tego doszło.

Gdy ciała zostały do końca ograbione i nie zostały na nich nawet skrawki materiału, ten sam starszy kuc, który naciskał na Mira, stanął w pobliżu ciał, a jego róg rozbłysnął seledynowo, a ciała stanęły w płomieniach. Przez chwilę ich kolor utrzymywał się, aż w końcu zmienił się na bardziej naturalny dla płomieni, które bardzo szybko zamieniły ciała w coś, co przypominało węgiel na grilla:

– Zbiera się na burzę, doskonale – powiedział kuc, rzucając spojrzenie zmęczonymi oczami spod ronda kapelusza na ciężkie ołowiane chmury – niedługo nie będzie po nich śladu.

Gryf będący rówieśnikiem braci podszedł wraz z nimi do Untie’a. Po krótkiej rozmowie z kucem, któremu widać było, że się śpieszy, ale stara się tego nie okazywać w wyniku zaistniałej sytuacji, zdradził kolejny cel podróży i najwyraźniej nie miał nic przeciwko dodatkowej eskorcie.

Wśród grup wciąż trwały przygotowania do wymarszu, gdzieniegdzie trwały rozmowy. Vanad zawracał głowę Rose, mówiąc otwarcie jaka to z niej jest zajebista babka i nie brał sobie do serca, żadnych negatywnych rzeczy z jej strony na jego temat. Bracia przez chwilę rozmawiali z Recon’em, Magician’em i Medicine, po chwili Rose zauważyła, że rzucają jej, ukradkowe spojrzenia, aż w końcu starszy kuc pierwszy rusza w jej stronę, a reszta za nim.

– Słuchaj no dziecko, pisałabyś się może na małą dodatkową robotę? Jeśli będzie trzeba zapłacimy, twój obecny szef też się już zgodził, jako że będziemy wam towarzyszyć w drodzę do waszego postoju z noclegiem. To zajmie nie więcej niż pół godzinki, łatwe kapsle, piszesz się na to? – zapytał, całkowicie nie wspominając o żadnych szczegółach.

Vanad widząc, że obiekt jego wszelakich cnót jest zajęty, wrócił do dwójki ze stajni:

– Ale się porobiło, ale no nic moi drodzy nieopierzeni przyjaciele, opowiadajcie – powiedział z uśmiechem, a dwójka wiedziała, że nie prędko uda się pozbyć Gadatliwego.

(Mamy do przejrzenia i rozdysponowania sprzęt umarlaków, wszystko w kontroli GM'a [Johna]. Jesteśmy również coraz bliżej wprowadzenie nowego gracza do sesji, na razie wszystko jest tajne/poufne. – Notka od Sternika)
I like my victims like I like my coffee... in the butt!
Odpowiedz




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości