Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Project Horizons Discussion
#81
Okej, ostrzegam z góry, to co będzie pisane dalej jest spoilerem.


NARESZCIE KU**A! Koniec! JUŻ! YEAH!

Nareszcie koniec tego opowiadania które z rewelacyjnego rozwinięcia stworzonego przez KKat świata zamieniło siew abominację niewartą poświecienia mu takiej ilości czasu jakiej potrzebuje. Znienawidziłem to opowiadanie pomimo tego że je kochałem.

1. Kolejny sad ending... No kurwa mać... Serio? Kto jak kto ale akurat BJ zasłużyła na happy end.
2. EPILOG! Kurwa mać, na pewno wykluczam z kanoniczności mojego opowiadania. Takiego wielkiego NA***NIA na oryginał w życiu się po Somberze nie spodziewałem... Littlepip poza SPP i to jeszcze jako kochanka Blackjack? Niesmiertelna Blackjack-Blank i Boo zmieniajaca się w Discorda? K***a mać, już nawet nie pamiętam ale wydawało mi się że SPP NIE POTRAFIŁO dać Littlepip nieśmiertelnośći i była skazana na śmierć w tym ustrojstwie -_-
3. Epilog jest po prostu tak bardzo denny i psuje dosłownie wszystko co i tak było juz coraz bardziej zj***ne od dłuższego czasu. Tylko parę smaczków takich jak Whisper po wszystkim poznajaca swoja matkę mi przypadły do gustu. Po to by niezależna i silna Velvet została zamieniona w maszynę do rodzenia dzieci Calamity'emu została spier****na do reszty... Wizja Pustkowia za 200 lat pomimo istniejącego spieprzonego po całości dziwacznego państwa była całkiem ciekawa. Wizja rozebrania wież SPP i odzyskania kontroli nad pogodą porzez pegazy była świetna.

Ergo: NIE POLECAM. Naprawdę. Zmarnowałem sporo czasu na to opowiadanie i zakończenie WCALE nie przyniosło efektu dopełnienia i spełnienia całości.
Odpowiedz
#82
Przeczytałem całość. Nie wiem, co czuję i nie wiem, co myślę. W tej chwili pragnę tylko snu i tego, bym przestał myśleć nad tym fikiem tak źle... do zobaczenia jutro z recenzją.
Pięć warunków dobrego tłumaczenia:
Pierwszy: Znajomość języka i umiejętne jej wykorzystanie
Drugi: Możliwość poświęcenia się tłumaczeniu w czasie wolnym
Trzeci: Niewyobrażalny zapas chęci oraz samozaparcia
Czwarty: Znajomość uniwersum
Piąty: Odczuwanie przyjemności z tego, co się robi.

Każdy z tych warunków można porównać do części w mechanizmie zegarka: Brak jednej z nich powoduje zatrzymanie się całości.


Opad: Konioziemia - Projekt Horyzonty!
Odpowiedz
#83
Ostatni rozdział to kolejne fale cierpienia, a wszystko dzieje się tak szybko że ledwie można nadążyć. Jazda tunelem jest groteskowa i ciężka do ogarnięcia, walka z Legatem przypomina mi kropka w kropkę Castelvanię albo DMC (nie wiem co bardziej, wciąż tego w całości nie ogarnąłem). Walka z Eaterem - wreszcie się choć trochę uspokoiło, choć dalej przypominało to jakieś action rpg. No i Somber jak to Somber, nie mógł się powstrzymać od rozszarpania Blackjack na sam koniec...

Zakończenie faktycznie nie przyniosło poczucia spełnienia, tu zgadzam się z Samirem. Epilog został tak bardzo wyjęty znikąd (surprajs!) i z tego co wiem, bardzo gwałci kanon całego Fallouta. Widać w nim inspiracje i kolejne nawiązania z New Vegas i kilku innych miejsc. Właściwie jedynym fragmentem, który mi się spodobał, była scenka ze szkrabami Blackjack, wychowywanymi przez grace (choć imiona denne). Ratowanie Rampage po raz ostatni? Kurde, w tej scenie tow ogóle przestałem rozumieć co się dzieje, więc nawet wizja wracającej po dekadach męki klaczy jakoś do mnie nie trafiła.

Podsumowując - fanfik był dobry, naprawdę dobry, ale według mnie, przełomem był lot do Thunderhead. Przedtem wszystko w miarę dobre, choć już się na dobre sypało, ale pomoc enklawie była już momentem nieustannego spadku. Końcówka nie jest warta świeczki, jedynym dobrym powodem jest styl (który i tak pod koniec ledwie dyszał) i chęć poznania zakończenia (które, notabene, nie da wam nawet kawałka satysfakcji i spełnienia, jakiego oczekiwaliście).

Pillster.
Odpowiedz
#84
Przykro mi mówić, że w sporej części zgadzam się z Pillsterem i Samirem, choć komentarz tego drugiego brzmi jak dziecięcy i wkurwiony na świat bo tak. To, co teraz powiem, będzie tylko wielkim podsumowaniem i powtórzeniem wszystkich praktycznie trosk i opinii o tym fanfiku, którymi męczyłem niektóre osoby na TSie przez ostatnie paręnaście miesięcy.

Project Horizons był naprawdę zajebistym fanfikiem. Początkowe rozdziały emanowały świetnym, ciężkim klimatem, poznawanie tajemnic stajni 99 i frakcji na pustkowiach było czymś, co polecałbym każdemu fanowi takiego settingu. No i fragment w szpitalu Fluttershy z rozdziału 6! Gdy tłumaczyłem ten rozdział to cały czas miałem tę świadomość, że tłumaczenie nigdy nie dorówna oryginałowi, dlatego nawet pod koniec zostawiłem notkę dla czytelników, by nauczyli się angielskiego (którzy go nie umieją) i żeby przeczytali ten fanfik po angielsku. Wtedy jeszcze miałem wiele wiary w ten fanfik, pomimo faktu że widziałem powoli wkradające się zepsucie. Miałem nadzieję, że to tylko tymczasowe i że fanfik wróci jeszcze na dobre tory (A było to jeszcze przed wydaniem rozdziału w Thunderhead).

Potem, zgodnie z tym co powiedział Pillster, było już coraz gorzej. Podczas gdy ja z ekipą przerabialiśmy rozdział 11 i 12, Somber coraz bardziej popadał w groteskę i bezsens, żeby tylko nie zawieść czytelników którzy wyczekiwali faktycznego końca fanfika. Zaczął więc dodawać OP postaci vel Legat, rzucać bezsensownymi scenami walki rodem z anime (gatunku którego notabene szczerze nienawidzę, ale o tym później), o wiele częściej eksponować złe cechy bohaterów (co byłoby dobre gdyby nie fakt, że zaczął robić to aż za często). Chaos jął wkradać się do fanfika, często przestawałem ogarniać w środku tekstu co się dzieje. Zaczynałem być zmęczony i tylko chcieć, by rozdział się skończył, zamiast czytać uważnie każdy szczegół jaki autor tam wprowdził, as it used to be in early chapters. Pragnę dodać, że kończyła się już era świetnego post-apo, a zaczynała era pisania na siłę - inaczej nie można określić tego, co stało się z tym fanfikiem.

Następnie było już coraz gorzej. Od sceny w królestwie batponies i walki z hadesem fanfik nabierał tylko coraz większej groteski i tracił sens kosztem wrzuconej na siłę epickości i wrzucania jeszcze nowych i jeszcze nowych I JESZCZE NOWYCH WĄTKÓW. Szczytem okazało się dodania kompletnie nowej postaci na cztery rozdziały przed zakończeniem i powiązanie jej z jedną z obecnych już od dawna. Miałem wrażenie że czytam modę na sukces. Wzniesieniem się wysoko ponad szczyt był ostatni rozdział, przed epilogiem. Ale niestety, widać tu było fakt, że nawet Somber nie ogarnia już swojego fanfika. Dlaczego? Ponieważ kiedyś nie dopuściłby on, żeby jakikolwiek wątek został nie do końca wyjaśniony bądź wyjaśniony dennie. A tutaj co? Legat, który z dupy jednak żyje i ma się tak dobrze, że 'nakłania' całą drużynę prócz Blackjack do odwrotu (a zapewne byłoby jeszcze gorzej gdyby nie fakt, że został z dupy ożywiony przez Eatera, by tylko chwilę potem zostać przez niego stopionym). Kilka akapitów o tym, jak Bastard i Triage są spokrewnieni, a potem ani słowa o całej tej sprawie. Uderzenie pierdolonej skały w pierdoloną skałę, która wyglądała jak jakaś głupia walka pomiędzy KUCYKAMI (pragnę przypomnieć że gwiazdy to nie kucyki), ponownie wyjęta z dennych anime.

Wiele razy powtarzałem, że nienawidzę Sombera. Na TSie, na konferencjach na GG, po prostu do komputera podczas czytania... ale przez większość tego czasu obierałem zły kierunek nienawiści. Nie można nienawidzić autora za to, że stracił wenę i pisał na siłę, bo to było podyktowane szerokim gronem fanów, którzy oczekiwali zakończenia. Nie można go winić za to, że zaczął wprowadzać kalki i rozwiązania z innych produkcji, tak jak wspomniany wcześniej Devil May Cry. Gdyby zostawił to tak, jak było przez pierwszą połowę fanfika, gdzie jakiekolwiek nawiązania były tylko i wyłącznie nawiązaniami, byłoby w porządku. I nie można go winić za bycie przytoczonym ogromnym rozmiarem fanfika... choć w sumie to tak, można. Sam tyle napisał.

Somber powinien był skończyć tego fika w rozdziale 33, gdzie umiera Blackjack. Koniec Project Horizons. Ciężko byłoby to niektórym przełknąć i nie mówię, że mi nie. Ale patrząc po tym, co się stało... wolałbym takie zakończenie.

Przejdę teraz do epilogu. Niestety, również i tutaj muszę zgodzić się, że jest niesatysfakcjonujące. Ale ciężko było stworzyć coś satysfakcjonującego do tego fika. Dla mnie epilog zawierał sporo ciekawych momentów, które zostały zepsute przez jedną rzecz... a właściwie dwie rzeczy. Pierwsza: Blackjack żyje, co jest totalnym absurdem i nie powinno było nigdy, przenigdy nastąpić po tym, co stało się w the Core. Druga? Littlepip poza SPP i ogólna zmiana kanonu FoE. Poza tymi rzeczami były naprawdę przyjemne, pobudzające wspomnienia sceny: Whisper witająca się z Fluttershy. Prapraprawnuczka Blackjack z jej pistoletem. Obraz pustkowia, które wreszcie staje się zieleńsze niż kiedyś. No i pozostają fragmenty, które miały wzbudzać jakieś odczucia i które poniosły porażkę: widok berbeci Blackjack, które rozpoznałem tuż przed rozmową Grace o tym, że nie są jej (te imiona... argh!). Ożywienie Rampage, też pozbawione sensu. Wnuczek Fluttershy, który był dosłownie sztampowy. Dzieci Velvet i Calamity'ego w liczbie sześcioro (siedmioro).

Jeszcze jedna rzecz mnie zastanawia... ile faktycznie lat minęło od wydarzeń Horizons? Homage zdążyła już umrzeć. Velvet i Calamity nie, ten drugi wygląda na dziadka. Fluttershy żyje, jakimś cudem. W niektórych momentach jest mowa o 50 latach, w niektórych - o dwóch stuleciach... pierwsza opcja wydaje się bardziej realna, ale wtedy w ciągu 50 lat musiałoby urodzić się ile... 8 potomkiń Blackjack? Po raz ostatni Somber namieszał, a to tylko pogarsza moje mniemanie o końcówce.

Bowiem Project Horizons był pięknym fanfikiem, bez dwóch zdań. Moim ulubionym przez całkiem spory okres czasu. Ale to, co się z nim stało, całkowicie grzebie i opłakuje moje dobre wspomnienia. A ja opłakuję je razem z nim. Punktem przełomowym była śmierć P-21. Potem... nie będę już więcej truł. Obiecałem recenzję, a więc macie recenzję.

Czytajcie Murky'ego. Mam wrażenie, że Fuzzy nie spieprzy swojego fika tak, jak zrobił to Somber. A fanfik jest naprawdę godny polecenia.
Pięć warunków dobrego tłumaczenia:
Pierwszy: Znajomość języka i umiejętne jej wykorzystanie
Drugi: Możliwość poświęcenia się tłumaczeniu w czasie wolnym
Trzeci: Niewyobrażalny zapas chęci oraz samozaparcia
Czwarty: Znajomość uniwersum
Piąty: Odczuwanie przyjemności z tego, co się robi.

Każdy z tych warunków można porównać do części w mechanizmie zegarka: Brak jednej z nich powoduje zatrzymanie się całości.


Opad: Konioziemia - Projekt Horyzonty!
Odpowiedz
#85
Panowie... musimy się kiedyś spotkać we trzech i wychylić jednego ku czci Świętej Pamięci Project Horizons, który umarł ze starości.
Odpowiedz
#86
W moim przypadku nie wcześniej niż za ~3 miesiące. Ale tak, kiedyś wartoby. Na jakimś meecie albo coś.
Pięć warunków dobrego tłumaczenia:
Pierwszy: Znajomość języka i umiejętne jej wykorzystanie
Drugi: Możliwość poświęcenia się tłumaczeniu w czasie wolnym
Trzeci: Niewyobrażalny zapas chęci oraz samozaparcia
Czwarty: Znajomość uniwersum
Piąty: Odczuwanie przyjemności z tego, co się robi.

Każdy z tych warunków można porównać do części w mechanizmie zegarka: Brak jednej z nich powoduje zatrzymanie się całości.


Opad: Konioziemia - Projekt Horyzonty!
Odpowiedz
#87
Bardzo chętnie za to wychylę. Jedno mi jednak Project Horizons pokazało swietnie: jak nie pisać fanfica. Epicka bitwa o cały świat to przesada. Pustkowiu nie potrzebni są Zbawiciele tylko mali bohaterowie.

Chciałbym kiedyś trafić tłumacza który zająłby się moim ficem, by można było pokazać międzynarodowo, że potrafimy lepiej (no wyciągnąłem doswiadczenie).
Odpowiedz
#88
Panowie, to będzie długi post, za co z góry przepraszam. Normalnie nie czuje potrzeby dzielenia się opinią o dziełach literackich w internecie, lecz Project Horizons w moich oczach zasługuje przynajmniej na to, bym napisał historie o tym, czym ten fanfik mógłby być, gdyby poprowadzono go do końca z taką samą miłością i oddaniem, jaką charakteryzowały się pierwsze rozdziały.

Początkowa Blackjack to jedna z lepiej napisanych postaci, z jaką miałem okazję się zetknąć. Szalona, niezrównoważona, kierująca się tak na początku niezrozumiałym kodeksem moralnym, zdolna do zarówno wielkiego poświęcenia, jak i okrucieństwa. Bohaterkę, którą można albo pokochać, albo znienawidzić. Dodatkowo ulegała wybitnie napisanemu rozwojowi postaci.
Zmiany Blackjack dziele na dwa główne okresy: czas wzlotu, gdy stała się jedną z najlepiej napisanych postaci (od początku aż do pojawienia się Legata), oraz upadku, gdy to samo, co wcześniej tworzyło tak dobrą postać, zamieniło się w groteskę i rzecz tak głęboko zawodzącą na wszystkich liniach, że ciężko było mi się przebić przez każdy kolejny rozdział. Weźmy na przykład postać Dealera. Przyznaje, że w początkowych rozdziałach jego kreacja była doskonała. To, że nie wiedzieliśmy, czy jest on tylko wytworem umysłu Blackjack, niszczonego przez wszystko, co doświadczyła na pustkowiach, czy też czymś więcej, ciekawiło czytelnika niezmiernie. I była to jedna z tych tajemnic, która nie wymaga dokładnego wyjaśniania (niechże cię Echo...). To coś w stylu Midichlorianów w Gwiezdnych Wojnach. Nutka tajemnicy naprawdę zachęcała mnie do lektury.

Co najsmutniejsze wydaje mi się, że Somber też to rozumiał. Świadczą o tym sceny w ostatnim rozdziale. Przez jakieś 10 rozdziałów przed końcem, muszę przyznać, że nie czułem tego geniuszu Sombry, który zawsze mi się objawiał, przy czytaniu pierwszej połowy fika. Za to w ostatnim rozdziale znalazła się scena z Dealerem, która naprawdę mnie usatysfakcjonowała. TO jest Dealer, jaki powinien objawiać się Blackjack. To jest ta nieposkromiona aura pustkowi, która praktycznie definiowała ten fanfik w początkowej jego części. Czytając ten fragment, znów czułem się, jakbym odkrywał przygody Blackjack po wyjściu ze Stable 99. Po prostu świetny.

Tak na koniec opiszę pewną teorię, którą tak wpadła mi do głowy. Somber, jak sam jego nick wskazuje, bardzo lubi unieszczęśliwiać Blackjack. Praktycznie każdy rozdział przy końcu miał na celu jak najszybsze wpędzenie jej w najgłębsze otchłanie depresji. Na końcu nawet dowiadujemy się prawdziwego znaczenia jej Cutie Marka. I to chyba, w połączeniu z epilogiem, miało być ostatnim gwoździem do pognębienia Blackjack. Bo jaką z tego można wywnioskować konkluzje? Blackjack zawsze wygra. Przeżyje. Nie jest w stanie umrzeć. Jej najbliżsi umierają, ona zostaje sama. Cała pozostała otoczka epilogu, zdaje się fanservicową odpowiedzią na krytykę czytelników, że Blackjack może spotkać tylko zło i śmierć. DWIEŚCIE LAT po całej walce, po całym tym cierpieniu, Blackjack wciąż żyje, mimo śmierci praktycznie wszystkich jej przyjaciół. Ratowanie Rampage i życie z Littlepip to tylko złudzenia, mające ukryć gorzką prawdę, że Blackjack musi cierpieć.

To chyba koniec mojej długiej podróży z Project Horizons. Jako jeden z fanfików, na którym nauczyłem się sprawnie czytać po angielsku (na początku czytałem może dziesięć stron na godzinę,pod koniec nie widziałem już różnicy między czytaniem po angielsku jak po polsku), na zawsze zapamiętam jego najlepszą stronę. Sam Somber stwierdził, że dzięki PH poprawił swoje zdolności pisarskie, więc będę z niecierpliwością wyczekiwać jego nowych dzieł. Bo biorąc najlepsze części z PH, naprawdę mogłoby powstać arcydzieło. A tak... Nowym czytelnikom, naprawdę sugeruje zakończenie lektury po mniej więcej połowie. Później niestety czar znika. Zostaje tylko gorzkie rozczarowanie z nutką ciekawych pomysłów.

Ps. Też bym wypił na zakończenie tego fanfika i przede wszystkim za zdrowie autora, bo jakby nie patrzeć stworzenie czegoś tak wielkiego i w wielu momentach świetnego zasługuje na najwyższe uznanie

Ps2. W takim razie teraz tylko wyczekiwać zakończenia Murkiego. Zgadzam sie z przedmówcą, Fuzzy nas nie zawiedzie.
Odpowiedz
#89
Hmmm. Dawno ucichło ale trójca narzekających na zakończenie PH miała się spotkać na piwie. Czy to dalej aktualne, ludzie? Myślę że pamięć Blackjack, jakkolwiek by wolała pewnie Łyskacza, ucieszyłaby się z tego.
Odpowiedz
#90
To zapraszam do torunia. Sam wam postawie.
Odpowiedz




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości