Ocena wątku:
  • 1 głosów - średnia: 1
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Pustkowia Equestrii
Młody ogier gwałtownie cofnął głowę gdy tylko zauważył dwójkę jednorożców patrzących w jego stronę. Na widok broni unoszącej się w ich polach telekinetycznych młodej zebrze serce podeszło do gardła. Szlag. Chyba na prawdę mam pecha do tych kucyków. Tylko skąd mogli to wiedzieć? No jasne, zaklęcia skanujące. Ogier wrócił pamięcią do jednego ze spotkań z innym scavengerem, który używał podobnego do odnajdywania przedmiotów.

Świeży jeszcze obraz dwóch klaczy siedzących nad działkiem wielolufowym pojawił się w centrum uwagi Xandera. Teraz mam już całkowicie przerąbane. Nie zostało mi zbyt wiele opcji. Mogę próbować uciekać, ale jeśli będą chcieli mnie dorwać to i tak dorwą. Mogę jeszcze wyjść im na przeciw i prosić gwiazdy o litość. Może nie zabiją potencjalnego klienta, poza tym muszę pozbyć się tych swoich "skarbów" i kupić prowiant.

Myśl ta przeważyła o decyzji młodego ogiera. Powoli i nieco niepewnym krokiem wyszedł zza swojej kryjówki. Po czym odezwał się w kierunku dwóch jednorożców. - Nie mam złych zamiarów. Co wy na to byśmy ubili niewielki interes?

Miejmy nadzieje że się na tym nie przejadę. Może i miałem pecha przy poprzednich spotkaniach, ale teraz mam dziwne przeczucie , że tu może być inaczej.
Nosz jasna cholera. Pusto tu jak w głowie tego najemnika, co wybuchł. Rain próbowała dojrzeć coś szczególnego, ale niestety nie zauważyła nic, co mogłoby być interesujące. No, może oprócz pozostałości ruin jakiegoś budynku z wykarczowanym nieopodal lasem. Niebieska klacz postanowiła uznać to za punkt graniczny. Jak nie znajdzie tam nic ciekawego, to wróci do obozowiska.
Brzuch odezwał się cicho, sygnalizując potrzebę przetrawienia czegoś więcej niż pustki. Jak wrócę, to się spytam, czy znaleźli jakieś żarcie. W innym wypadku naprawdę będę musiała zapolować na radhoga.
Pięć warunków dobrego tłumaczenia:
Pierwszy: Znajomość języka i umiejętne jej wykorzystanie
Drugi: Możliwość poświęcenia się tłumaczeniu w czasie wolnym
Trzeci: Niewyobrażalny zapas chęci oraz samozaparcia
Czwarty: Znajomość uniwersum
Piąty: Odczuwanie przyjemności z tego, co się robi.

Każdy z tych warunków można porównać do części w mechanizmie zegarka: Brak jednej z nich powoduje zatrzymanie się całości.


Opad: Konioziemia - Projekt Horyzonty!
Sharp skinął głową do Blue. Zdążył odciągnąć kurek rewolweru i zrobić jeden krok w kierunku linii skrzyń robiącej za barykadę, gdy zza tejże wyszła postać. W pierwszej chwili niewiele brakowało do postrzelenia wymienionej wcześniej postaci. Rewolwer Sharpa był wycelowany dokładnie w przybysza, trzymany pewnie w polu telekinetycznym medyka. Długoletnie doświadczenie chirurgiczne powodowało, że broń była cały czas na celu, wodząc dokładnie za poruszającą się postacią.

Ze względu na stopień owinięcia nowo przybyłego w ubrania oraz fakt noszenia przez niego maski na twarzy, nie mógł stwierdzić nawet czy była to klacz czy ogier. O bardziej szczegółowym opisie nawet nie wspominając.
Jego wątpliwości w kwestii płci tajemniczego osobnika zostały szybko rozwiane, gdy ten się odezwał.
- Nie mam złych zamiarów. Co wy na to byśmy ubili niewielki interes? - medykowi coś nie pasowało. Coś bardzo nie pasowało. Niby interes to interes... ale jakoś nie ufał ogierowi, który podkradał się do obozów w masce, kapturze i płaszczu. Ciekawe dlaczego? - zapytał sam siebie, ironicznie.

- Kim jesteś i co tu robisz? Zaś co do handlu... jeszcze zobaczymy - powiedział do przybysza medyk. Nie był to szczyt dyplomacji handlowej, ale lepsze to niż postrzelenie go tuż po zauważeniu...



Starweave uparcie próbowała uczynić coś i otworzyć denerwującą skrzynkę raz za razem zaprzeczającą twierdzeniu, jakoby klacz była uzdolniona w otwieraniu zamków.

Mimo ciągłych niepowodzeń, za każdym razem próbowała ponownie, kierując się przekonaniem, że w końcu musi się udać.
Jednorożec był już naprawdę blisko otwarcia. Już słyszała charakterystyczne dźwięki elementów zamka wchodzących na odpowiednie pozycje... gdy w ostatnim momencie złamała kolejną spinkę.
Szkatułka najwyraźniej nie zamierzała poddać się tanim kosztem. Mogło się okazać, że poszukanie w karawanie klucza to jedyne rozwiązanie.



Rain szła spokojnie, rozglądając się na prawo i lewo w poszukiwaniu czegoś interesującego. Jeżeli zawód zwany geologiem jeszcze by istniał i klacz akurat trafiłaby się być takim geologiem, to teren byłby niezwykle wręcz interesujący, bo każda z tych skał by coś ciekawego jej powiedziała. Jako iż taka sytuacja nie zachodziła, skały mówiły tylko chórem "jesteśmy skałami".

Klacz kucyka ziemnego była już niedaleko ruin wyznaczonych za granicę jej poszukiwań. Dotarła do nich... i nic się nie stało. Były na nich widoczne ślady 200 lat stania na straży nieistniejącego już lasu.
Niestety, gdy tylko miała zamiar zawrócić w stronę oddalonej już ładny kawałek karawany, Pustkowia okazały się mieć ochotę jej dokopać i dać lekcję na temat chodzenia po pustyni bez konkretnej broni. Rainfall usłyszała za sobą charakterystyczny dźwięk wprowadzania pocisku do komory półautomatycznego pistoletu.
- Stój spokojnie, a nikomu nic się nie stanie... - usłyszała za sobą zachrypły głos, który to mógł należeć jedynie do ghula. A fakt, że, mimo niemalże pewnego operowania bronią w dokładnie tej sekundzie, mówił wyraźnie, sugerował jednorożca.

I dlatego na Pustkowiach większość chodzi w uzbrojonych grupach.

<Don't blame me.>
Matematyka wcale nie jest trudna. Po prostu jesteś debilem.
- Kim jesteś i co tu robisz? Zaś co do handlu... jeszcze zobaczymy. - Słowa ogiera raczej nie były z rodzaju tych, które wzbudzają euforie. Ale jednak były to słowa, a nie pociski z jego rewolweru. Sytuacja ta poniekąd uspokoiła młodego ogiera. Nie pierwszy raz do mnie ktoś celuje, zabawne, chyba można się do tego przyzwyczaić. Już miał coś odpowiedzieć, ale pewne wspomnienie go od tego odwiodło.

"- Xander, możesz mi coś jeszcze opowiedzieć?
- Co?, mała przecież znasz już wszystkie moje historyjki na pamięć. Dlaczego chcesz je usłyszeć jeszcze raz?
- Bo lobię twój śmieszny akcent, jest uroczy.
- Aha, rozumiem. No, to którą chciała byś usłyszeć.
- Może tą o..."


Kompletnie bym o tym zapomniał. Muszę teraz szczególnie uważać na to jak i ile mówię. Xander chwilę jeszcze zastanawiał się nad tym co powinien powiedzieć. Następnie odpowiedział tonem spokojnym, opanowanym i nieco zobojętniałym. - Spokojnie. Jestem tylko scavenger'em. Przechodziłem akurat traktem, gdy zobaczyłem wasz obóz i tą masę trupów. Wolałem sprawdzić czy nie jesteście aby bandytami.

Oby tylko od tego mojego spokojnego głosu nie wzięli mnie za jakiegoś wariata, któremu wisi czy zaraz zginie czy nie. Młodzik zrobił niewielką przerwę w swojej wypowiedzi, by podkreślić sytuację. - No, ale jak widać nadal żyje, więc chyba nimi nie jesteście. Czy teraz możemy przejść do momentu w którym nie celujemy sobie w twarze?

Wierna strzelba ogiera była cały czas w gotowości, by posłać do piachu każdego, kto próbował by wywinąć jakiś numer.
Pięknie, kurwa. Pięknie. Klacz nie była przynajmniej na tyle głupia, żeby teraz się rzucić do ucieczki. Nawet najszybszy biegacz na pustkowiach nie jest w stanie prześcignąć kuli. Słyszała, jak nienaturalny, straszliwie chrapliwy wypowiada tych parę słów; na dźwięk jego głosu sierść nieco jej się zjeżyła. Niestety nie była w stanie odgadnąć zamiarów ghula. Nie wiedziała, czy chce ją ograbić, czy zabić dla przyjemności, czy działa w samoobronie. Nie była pewna, czy dzikie ghule potrafią się normalnie porozumiewać.

Rain powoli obróciła głowę, zauważając zdegradowane mocno ciało. W wielu miejscach brakowało kawałów mięsa. Smrodu też nie brakowało.

- Nie mam złych zamiarów, nie chcę też, by komukolwiek coś się stało. - zapewniła, powoli się obracając. - Przestań, proszę ja ciebie, celować we mnie tym pistoletem. - dodała, starając się całkiem odwrócić w jego stronę i ukazać, że nie stanowi zbyt dużego zagrożenia. Ale będą jajca, jak się okaże, że koleś się zechce zabawić... kurwa, o czym ja myślę? Jakiś ghul, być może na wpół zdziczały właśnie celuje we mnie pistoletem, a ja myślę o... Ehh...
Pięć warunków dobrego tłumaczenia:
Pierwszy: Znajomość języka i umiejętne jej wykorzystanie
Drugi: Możliwość poświęcenia się tłumaczeniu w czasie wolnym
Trzeci: Niewyobrażalny zapas chęci oraz samozaparcia
Czwarty: Znajomość uniwersum
Piąty: Odczuwanie przyjemności z tego, co się robi.

Każdy z tych warunków można porównać do części w mechanizmie zegarka: Brak jednej z nich powoduje zatrzymanie się całości.


Opad: Konioziemia - Projekt Horyzonty!
Ghul uśmiechnął się w bardzo specyficzny sposób, nie oznaczający niczego dobrego. Był to bowiem uśmiech zarezerwowany dla zboczeńców w ciemnej alejce po północy. Dwustuletni jednorożec obejrzał dokładnie klacz, cały czas w nią celując. Szczególną uwagę poświęcał okolicom ogona, wwiercając swoje spojrzenie w ciało Rain. Przez tę krótką chwilę miała ona okazję obejrzeć obrzydzającą postać. Nie różnił się od normalnego ghula.

Był nieco większy od standardowego rozmiaru ogiera jednorożca, ale nie na tyle, by nazwać go ogromnym czy nawet dużym. Potężna blizna biegła od jego rogu, nad uchem. Biegła ona po lewej stronie jego ciała, kończąc się w okolicach cutie marka. Była ona wyraźnie odróżnialna od wszystkich innych nie zachęcających rzeczy którymi odznaczały się ghule. Nie nosił żadnych ubrań, jedynie pęknięte w prawym szkle okulary i zawieszone na pasku juki. Dokładniej: jedną torbę.

Klacz usłyszała pomruk zadowolenia, a może nawet i dumy.
- No proszę, jaka ładniutka... - powiedział zachrypłym głosem, przeciągając każde słowo. Machnął lufą pistoletu, wskazując Rain dwie ledwo się trzymające ściany.
- Grzecznie podejdziesz tam i nikomu nic się nie stanie - dodał. Róg ghula zaświecił nieco jaśniej, a Rain mogła kątem oka zauważyć linę w polu lewitacyjnym kucyka, która właśnie wydostała się z jego juków.
Matematyka wcale nie jest trudna. Po prostu jesteś debilem.
Iron patrzyła jak jej kumpela wykrwawia się psychicznie nad szkatułką. Obserwowała próby które nie miały większego sensu. Szkatułka nie miała ochoty się poddać a Starweave nie miała ochoty jej porzucić, bawiło ją zaciętość i upór z jakim klacz zabierała się do roboty ale była pewna że nie w tym klucz.

Zrzuciła z siebie juki i wyciągnęła z nich solidny łom, oglądnęła go dokładnie sprawdzając go pod kątem usterek i uszkodzeń których nie znalazła.

- Hej mała, użyj tego. - upuściła łom przed Star i zachęcająco się uśmiechnęła. - Wszystko co teraz możesz zrobić to albo to rozwalić albo otworzyć.
[Obrazek: cgnimLq.png]
Na Celestię... lepiej, kurwa, trafić nie mogłam. Czemu moje myśli musiały się sprawdzić?... Klacz gorączkowo myślała nad sytuacją. Pozostawały jej dwie opcje. Jedna: Dać się zwyczajnie zgwałcić truposzowi i żyć z poczuciem wstydu przez resztę życia (A kto wie, czy nie trwałoby ono tylko troszeczkę dłużej, niż wspomniany wcześniej stosunek - ghul mógł wszak należeć do tych, które swoje ofiary uciszają na zawsze). Mogła też cholernie sporo zaryzykować... nawet więcej, niż do tej pory pozwalało jej szczęście... aby zaatakować ghula bezpośrednio. Pistolet to nie przelewki. No cóż, w najgorszym wypadku umrę, a skurwiel będzie mógł sobie gwałcić zimne ciało. W nie lepszym przypadku lekko mnie postrzeli, na tyle, że nie będę mogła mu ujść. W najlepszym... i najbardziej wątpliwym... uda mi się go zaskoczyć i wytrącić broń z ręki. Reszta powinna wtedy okazać się dość prosta.

Kwestia tego, czy chciało jej się teraz umierać. W najgorszym wypadku.
Ależ oczywiście, że nie. Ale lepsze to, niż zhańbienie do końca życia. Już pół biedy, jakby to był normalny kuc, ale ghul? Ciarki przechodziły ją na samą myśl. Już raz mi się udało. Może tym razem też mi się uda. A jak nie, to być może towarzysze znajdą moje stygnące ciało. Może jak mi się poszczęści, to będą chcieli mnie położyć obok tamtych bandytów i najemników...

Rain czekała. Powolutku obróciła się w stronę ściany, postawiła pierwszy krok... drugi... i rzuciła się w jego stronę z zamiarem przewrócenia go i - w naprawdę cudownym wypadku - wytrącenia jego broni z jego pola kinetycznego. Życie i tak jest do dupy.
Pięć warunków dobrego tłumaczenia:
Pierwszy: Znajomość języka i umiejętne jej wykorzystanie
Drugi: Możliwość poświęcenia się tłumaczeniu w czasie wolnym
Trzeci: Niewyobrażalny zapas chęci oraz samozaparcia
Czwarty: Znajomość uniwersum
Piąty: Odczuwanie przyjemności z tego, co się robi.

Każdy z tych warunków można porównać do części w mechanizmie zegarka: Brak jednej z nich powoduje zatrzymanie się całości.


Opad: Konioziemia - Projekt Horyzonty!
Klacz dalej mordowała się z zamkiem. Ten już prawie miał się poddać, ale zamiast odgłosu wskakujących na swoje miejsca zapadek, po raz już nasty jej uszy uraczył dźwięk łamanej spinki. Starweave na ten konkretny dźwięk z całej siły zacisnęła swoje zęby. Czuła jak coś dosłownie ją dusi, oplotło się wokół jej klatki piersiowej, mocno ją uciskając. Żeby było tego mało, przez te wszystkie zjedzone na szkatułce nerwy, zwyczajnie rozbolała ją głowa.

Star dawno już nie osiągnęła takiego poziomu frustracji. Najgorsze nie było to iż pierdzielony zamek nie chciał się otworzyć. Najgorsza w tym wszystkim była niesprawiedliwość, którą czuła ciemnogranatowa. Gdyby faktycznie natrafiła na jakieś wyzwanie, klacz zwyczajnie opuściła by sobie już po trzeciej próbie. Ale to co teraz miała przed swoim nosem nim nie było, zwyczajnie nie mogło być. Nie było ani wyspecjalizowanym zamkiem w skrzynce z amunicją, ani zamkiem w pancernych wrotach, ani nawet sejfem. Była to zwykła gówniana szkatułką.

Klacz nie czuła się pokonana przez ten niewielki przedmiot. Klacz czuła się upokorzona. Coś co w żaden sposób nie miało prawa okazać się tak trudne, i było najzwyczajniejszym w świecie bublem jak ich mało, za nic nie chciało się poddać. To była czysta niesprawiedliwość rzeczy martwych. Jej wewnętrzne żale zostały chwilowo odłożone na bok, wraz z tym jak usłyszała głos sowiej towarzyszki.

Starweave spojrzała na ofiarowany jej łom, po czym groźnie łypnęła na popielatą. Albo Iron po prostu nie za bardzo rozumiała funkcjonowania magii jednorożców, albo najzwyczajniej w świecie stroiła sobie z niej żarty. Dla jednoróżki nie miało to większego znaczenia. Nie miała ona teraz ochoty na wykład magiczny, a tym bardziej na wygłupy. Była naprawdę wściekła.

Zerwała się na równe nogi, a następnie porwała szkatułkę w telekinetycznym uścisk. Cisnęła nią tuż przed przednimi nogami popielatej, która zaraz po tym została obdarzona zimnym i wyjątkowo surowym jak na Starweave spojrzeniem. Które jednak nie trwało zbyt długo. Klacz ponownie chwyciła swoją magią szkatułkę, po czym bezceremonialnie wrzuciła ją do ogniska. Po tym incydencie ponownie odwróciła się do popielatej, kontynuując jej stopniowe przewiercanie swoim wzrokiem.

Po paru chwilach uwolniła ją spod swego nienawistnego spojrzenia. Zeszła z materiału zabierając z niego swoje spinki i śrubokręt. Przedmioty te szybko zniknął w jej juchach. Następnie, oczywiście przy pomocy swojej magii, wytrzepała otoczony nią materiał, po czym złożyła go w idealnie równą kostkę. Kostka została położona przed Iron, a na jej miękkiej powierzchni znalazł się wspomniany wcześniej łom.

Sama jednoróżka odwróciła się w stronę ogniska i klapneła przy nim na zadzie. Jej uszy opadły do połowy, kiedy zaś ona sama beznamiętnie wpatrywała się w płomienie ogniska.

Było tak do czasu, aż jej uwagę przykuły wydarzenie odbywające się tuż przy jednym z wejść do obozu. Wyglądało na to, że karawana na postoju zwabiła jakiegoś pustelnika, kupca, lub kogokolwiek innego który liczył na uzupełnienie swoich zapasów. Klacz dobrze wiedział, że powinna tam być by ewentualnie pomóc reszcie jak najlepiej okroić delikwenta, ale w tej chwili miała to wszystko głęboko w zadzie.

Starweave zaczęła się zastanawiać dlaczego zamek w szkatułce był cholernie dobry. Rozmyślając nad tym dłużej doszła do wniosku, że musiała ona należeć do jednego z kucyków z karawany, który trzymał tam bardzo ważne i istotne dla niego rzeczy. Tym kucykiem mógłby nawet sam jej były szef, albo jeden z jej towarzyszy.

Jednoróżce zrobiło się niemiłosiernie głupio na myśl, że tak po prostu w celu wyładowania się zniszczyła czyjeś mienie. Zrobiło jej się jeszcze bardziej głupio na myśl, iż szkatułka mogła należeć do jednego z traumatyzowanych najemników. Osobiście przekonała się w jakim byli stanie, a ona być może chciała ich jeszcze okraść. Żałowała też swojego aroganckiego zachowanie w stosunku do Iron. Popielata klacz niczym tak naprawdę nie zawiniła, a także padła ofiarą jej niekontrolowanego upustu agresji.

Dla Star tego typu zachowanie było po prawdzie rzadkość, ale zdarzało się i tym razem z jakiegoś powodu było wyjątkowo intensywne. Jednoróżka z każdą chwila coraz mocniej żałowała utraty kontroli nad sobą, całkowicie spuściła uszy razem ze swoją głową. Zamknęła oczy, powoli trawiąc w myślach całą zaistniałą sytuację.
Blue stała z bronią wycelowaną w kierunku skrzynek obserwując Sharpa ruszającego powoli w ich kierunku. Po chwili za skrzyń wyszła nieznajoma postać a klaczy wpadła do głowy myśl że o czymś zapomniała.

Czy ja przeładowałam rewolwer po ostatnim strzelaniu. Ale będą jaja jak okaże się że celuje z pustej broni.

- Nie mam złych zamiarów. - Dobiegło do uszu Blue. Obserwując przesłuchanie gości przez przyjaciela postanowiła ona sprawdzić stan swojej broni. Po szybkich oględzinach jej oczom ukazały się trzy pociski.

No, tym razem się udało. Muszę sobie wytatuować na czole że mam pamiętać o przeładowywaniu broni bo kiedyś będzie mnie to życie kosztować. - pomyślała Blue lewitując z torby amunicje i uzupełniając braki i słuchając rozmowy ogierów.

Wstając i nadal lewitując przy sobie rewolwer podeszła do Sharpa i stanęła obok niego przyglądając się nowemu.

- Czy teraz możemy przejść do momentu w którym nie celujemy sobie w twarze? - padło pytanie.

- Może zaraz, wiesz jak to jest na pustkowiach. Nie chce żebyś mi pobrudził sweter bo do najbliższej pralni mam kawałek. - powiedziała do niego klacz uśmiechając się przy tym - A jak chcesz pohandlować, nie masz przypadkiem jakiejś czystej matrycy zaklęć, bo strasznie by mi się przydała a do najbliższego sklepu z częściami mam też kawałek drogi.
[Obrazek: signature.php]




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 11 gości