Ocena wątku:
  • 1 głosów - średnia: 1
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Pustkowia Equestrii
Iron wsunęła kartę w odpowiedni otwór przy terminalu. W reakcji terminal zamrugał, po czym na ekranie przez parę sekund wyświetlał się napisany wielkimi literami napis "La Branco".
Po tychże paru sekundach z terminala poleciały iskry, a ekran zgasł, najwyraźniej tym razem na stałe. W pomieszczeniu zabrzęczały głośniki, jednakowoż żadne słowo nie było zrozumiałe. Pozostawało więc zagadką, czy informacja miała brzmieć "niewłaściwa karta, odmowa dostępu", "akceptacja karty" czy może po prostu włączyła się jakaś stacja radiowa.

To, że drzwi zaczęły się otwierać z potwornym zgrzytem kilka sekund potem mówiło raczej, że Iron znalazła właściwą kartę. Drzwi były wyraźnie grubsze niż wszystkie dotychczas otwarte przez klacz. Były też o wiele głośniejsze. W końcu się jednak otwarły i kucowi ukazał się krótki korytarz z prysznicem, kończący się kolejnymi potężnymi drzwiami. Te jednak, częściowo odpowiedzialne za poziom hałasu, kończyły już proces otwierania. Na nieszczęście odwiedzającej, zacięły się i zatrzymały jakieś 15cm od całkowitego wsunięcia się w podłogę, co pozostawiało próg przy wejściu. Co jednak nie było dla Iron przeszkodą.

Wnętrze wyglądało kompletnie inaczej niż pozostałe korytarze. Częściowo zeżarte przez czas i wilgoć bogate boazerie i ozdoby wypełniały wyjątkowo otwarty jak na podziemia zespół pomieszczeń. Gdyby nie poziom zniszczenia całości, można by uwierzyć, że weszło się do opuszczonego apartamentu w Tenpony Tower.

W specjalnej wnęce u boku głównego pomieszczenia był nawet niewielki basen. Albo spora wanna. Ciężko było powiedzieć. Prócz głównego pomieszczenia, wypełnionego wszelkiej maści ozdóbkami i meblami, w większości w okropnym stanie, można było dojrzeć też fragment otwartej kuchni, zaniżonej o kilkadziesiąt centymetrów względem reszty kompleksu. Efekt tego był taki, że w kuchni stała woda, mętna i nie nastawiająca przyjaźnie do siebie. Dla Iron widoczne było dwoje zamkniętych drzwi. Jedne prawie na wprost, wyeksponowane na środku pomieszczenia, a drugie bardziej schowane na boku.



Sharp skinął tylko głową na odpowiedź Blue, zadowolony z tego, że ktoś podziela jego poglądy. Mało którego kuca na pustkowiach w ogóle obchodziło coś takiego jak "robienie właściwej rzeczy". Większość dbała tylko o swoje kapsle i komfort. Ogier miał szczęście, a raczej pecha, należeć do tej mniejszości, która nie potrafiła tak funkcjonować. I czuła potrzebę pomagania. I nie słyszał jeszcze, żeby ktokolwiek wyszedł na tym dobrze. Przynajmniej Blue należała do tej samej grupy. A przynajmniej na to wyglądało w tej chwili. Medykowi przyszło na myśl, jak mało wie o tym kucyku, mimo wcale nie tak krótkiej znajomości.

Blue rzuciła coś o przywróceniu wiary w porządne kuce, co Sharp przyjął jako potwierdzenie swoich wcześniejszych myśli. Potem powiedziała o konieczności pomówienia z Xanderem... i dała ogierowi całusa, dając z kolei dowód tego, że dalej o niej mało wie.
Umysł ogiera na chwilę się zawiesił.

Przez jego głowę przelatywały dziesiątki myśli na raz. Niby taki całus w policzek nie był w zasadzie niczym, ale Blue, jak długo ją znał, nigdy nic takiego nie robiła wobec nikogo. Czyli nie można tego było podpiąć pod przypadkowy, beztroski gest. A skoro wyglądało to tak a nie inaczej, to... czemu? Ogierowi przyszło do głowy trochę myśli, ale doszedł do wniosku, że wychodzi nimi albo za bardzo w przeszłość, albo za bardzo w przyszłość, toteż wepchnął je gdzieś do tyłu umysłu. To pozostawiało wciąż...

Tok myślenia kucyka, który prawdopodobnie wyglądał komicznie, wpatrując się w przestrzeń bez ruchu po otrzymaniu zwykłego całusa w policzek, został przerwany przez odgłosy chichotu. To, że zarumienił się niczym gówniarz zapewne nie pomagało. No oczywiście, jeszcze ona, stwierdził Sharp, wreszcie uwalniając się od galopujących myśli. Spojrzał na chichoczącą klacz, wpatrującą się w niego i zakrywającą pyszczek kopytem.

Ogier przez chwilę zastanawiał się, jak z tym postąpić... by stwierdzić, że lepiej nie czekać zbyt długo z powiedzeniem czegokolwiek, bo skończy się to źle dla wszystkich zainteresowanych. I tak miał zgarnąć Starweave, prędzej czy później. A skoro i tak się zbudziła...
- Ty - tu zorientował się, że musiał odchrząknąć - Trzymasz ze mną pierwszą wartę. Chodź - dokończył stanowczym głosem i podsumował wszystko ruchem głowy wskazującym wyjście z wozu. Natychmiast też zaczął wstawać.
Matematyka wcale nie jest trudna. Po prostu jesteś debilem.
O ile liczenie wszystkich elementów otoczenia mogłoby być interesującym zajęciem w wypadku skrajnej nudy przez kilka minut, tak po dłuższym czasie było jeszcze gorsze niż rozmyślanie o wielu sprawach. To drugie dawało przynajmniej lepsze efekty. Tak więc ciemnoniebieski kucyk wrócił do myślenia.

Pierwsza nurtująca Rain sprawa to była przyszłość karawany. Nie żeby był to największy priorytet - to miejsce zajmowało, jak u każdego, przeżycie kolejnego dnia (quest poboczny: dzień musi być ekscytujący). Mimo to niedawne słowa mechaniczki chwilowo pomieszały szyki priorytetów. Plan, by polegać na samej Blue na zwiadzie może i brzmiał jak wykuty przez szalonego kucyka na Mint-alach, ale z początku Rain usprawiedliwiała go tym, że oboje - i Sharp, i Blue - wiedzą, co robią. Oczywiście nie mogła być tego pewna, i z tego co zauważyła mało kto był, ale hej - ktoś musi być tym niepoprawnym optymistą, prawda?

Przez króciutką chwilę przemknęło jej przez myśl, że mogła by pójść z Blue. Bardzo szybko wyrzuciła to z głowy; Przede wszystkim - skradacz z niej marny. Poza tym z jakiegoś powodu domyślała się, że żadne z "organizatorów" planu nie byłoby zadowolone. Nie było się zresztą czemu dziwić. Klacz z takim wyposażeniem jak ona zdecydowanie bardziej przydała by się w razie otwartego szturmu.

Koniec końców plan zdawał się okropny. Klacz wierzyła jednak w rozwagę i umiejętności Blue, prawdopodobnie jako jedna z niewielu - ba, jeśli nie jedyną - osób z tej karawany, które ogarniają sytuację i wierzyły w powodzenie samodzielnej wyprawy.

I być może pociąg myślowy pojechałby dalej, gdyby nie metaforyczna góra w postaci głośnego ryku z dołu, w którą owy pociąg z wielką elokwencją przypierdolił.

Klacz zerwała się z miejsca, chcąc rzucić się na pomoc. Problem był taki, że prawa fizyki zwyczajnie jej tego zabraniały i za nic nie chciały ustąpić. Trzeba było działać szybko, bo ryk jednocześnie mógł oznaczać triumf jak i potężny ból, albo przygotowanie do walki. Niezależnie od tego wciąż była szansa na to, że Iron przeżyje... albo nie. Ważne było to, że ciemnoniebieska klacz nie mogła sama pobiec na ratunek - musiała w takim razie pobiec po kogoś, kto się zmieści. I o ile Iron byłaby iście wkurwiona, gdyby przeżyła i ktoś przyszedł ukraść jej cudowne, nie wiadomo jakie fanty, o tyle jej życie było pod protekcją altyrerzystki - pobiegła więc do obozu w poszukiwaniu niezajętego niczym kuca.
Pięć warunków dobrego tłumaczenia:
Pierwszy: Znajomość języka i umiejętne jej wykorzystanie
Drugi: Możliwość poświęcenia się tłumaczeniu w czasie wolnym
Trzeci: Niewyobrażalny zapas chęci oraz samozaparcia
Czwarty: Znajomość uniwersum
Piąty: Odczuwanie przyjemności z tego, co się robi.

Każdy z tych warunków można porównać do części w mechanizmie zegarka: Brak jednej z nich powoduje zatrzymanie się całości.


Opad: Konioziemia - Projekt Horyzonty!
Blue zwolniła trochę tempa i powolnym krokiem zaczęła się zbliżać w kierunku Rustiego siedzącego przy ognisku. Jeszcze zanim do niego doszła, jej zamaskowany cel obrócił głowę i ja zauważył. Gry podeszła trochę bliżej, odezwał się on do niej.

- Tak czułem że prędzej czy później się pojawisz. Pewnie chcesz przedyskutować pewną sprawę co? Może usiądziesz?

Nie ma co się sprzeczać pomyślała Blue siadając koło Rustiego. Siedziała tak chwilę, przegrzebując za pomocą zaklęcia sortującego swoje torby.

- No, wygląda na to że podobno mamy wspólny temat do przedyskutowania.

Tu zrobiła znów chwilę przerwy, gdyż zaklęcie sortujące wylewitowało w tym momencie konserwę i widelec. Otwierając ją, wsadziła ona do środka widelec nabierając na niego trochę zawartości by po chwili skierować go do swojego pyska. Może i miała ona 200 lat, ale nadal nie najgorzej smakowała.

Siedziała ona tak chwilę powoli przeżuwając pokarm i słuchając co ma do powiedzenia Rusty.

- Ja nie mam nic przeciwko temu. - odezwała się w końcu, przerywając jedzenie - Ale jesteś pewien że podołasz temu? Sama nie mam pojęcia czego się tam spodziewać. Plan zakłada, dostać się do celu, zebrać jak najwięcej informacji i spierdalać aż się będzie za nami kurzyło. Ale jak to bywa na pustkowiach, nawet w tak prostym planie może coś się jebnąć. Przez co nie mogę ci zagwarantować, że wrócimy w jednym kawałku, jeżeli w w ogóle wrócimy.

Zrobiła przerwę na chwilę, trochę źle ujęła końcówkę jej wypowiedzi. Mogło to trochę dziwnie zostać odebrane.

- Nie to żebym zakładała, że akurat tak to się skończy. Po prostu chce żebyś wiedział, w co się ładujesz zanim tam wyruszymy.

Kolejna przerwa, poświęcona na kolejną porcję konserwy. Gdy tylko przełknęła to co miała w ustach, obróciła się do Xandera i patrząc się prosto w otwory jego maski, zadała mu kolejne pytania.

- A więc moje ostatnie pytanie. Jesteś pewien że chcesz ze mną iść?
[Obrazek: signature.php]
Iron czekała na reakcję drzwi, gdy ekran wyświetlił napis "La Branco" ledwo takowy przeczytała a ekran uległ natychmiastowej destrukcji. - Ja cię pierdzielę... ale zjebane... - Powstrzymała się przed sugestywnym facehoof'em gdy usłyszała zniszczone głośniki ale jednocześnie była pod wrażeniem że to wszystko jeszcze działa.

Klacz oczarowana uprzejmością pustkowi, lub prościej tym że drzwi się otwarły przeszła przez pierwszą komorę i znalazła się w zgniłym pomieszczeniu głównym. Uważnie oglądnęła sobie całe pomieszczenie i rzuciła okiem w stronę kuchni która ją praktycznie odpychała swoim wyglądem. Iron spokojnie i dokładnie zabrała się do przeszukania każdego kąta i mebla w pomieszczeniu mając na uwadze to że w każdej chwili trzeba będzie kogoś ostrzelać albo wbić mu nóż w gardło. Za jeden z celów obrała sobie drzwi w pomieszczeniu oraz kuchnię a tymczasem zaglądnęła do basenu... czy cokolwiek to było. Sprawdziła główny hall, mebel po meblu, kąt po kącie i wszelakie miejsca gdzie można coś ukryć.

Dłuższą chwilę poświeciła ozdobą które dość długo i wnikliwie oglądała a na koniec je przeszukała stojąc znów przed dość trudnym dylematem:
kuchnia, drzwi numer 1 czy drzwi numer 2?
Chwilkę pomyślała po czym gotowa do ataku lub obrony otwarła drzwi na boku.
[Obrazek: cgnimLq.png]
Chwilę potem jak Xander skończył mówić, Blue przerwała zajadanie się konserwą. Plan który mu wyjawiła był strasznie ogólny, nie widział więc złożonych kombinacji taktycznych w których mógłby zawieść. Ale dokładnie tak jak powiedziała klacz, nawet najprostszy plan może wziąć w łeb. Dalsze jej obawy nie były niczym nowym, czego wcześnie nie brałby pod uwagę, rozmyślając nad swoim udziałem.

Chwilę później niebieska klacz wpatrując się w jego oczy zadała pytanie. - Jesteś pewien że chcesz ze mną iść?- Pomimo nadal odczuwanych obaw wiedział jaka będzie jego odpowiedź. W jego oczach pojawił się zauważalny błysk a głos z melancholicznego stał się ostry i stanowczy. - Tak, jestem pewny. - odpowiedział krótko.

Po tych słowach odwrócił się jeszcze i spojrzał na dno pustego kubeczka. - Będę musiał gdzieś tutaj zostawić swoje graty. Trzeba ograniczyć wagę do minimum, ten płaszcz i maska też mi się do niczego tam nie przydadzą. Jak sądzisz, Sharp mógłby mi wszystkiego popilnować jeśli go poproszę.

Młodzikowi nie podobała się myśl, że będzie musiał zostawić rzeczy do których jest przywiązany i które są dla niego cenne pod opieką kogoś innego. Ale jednak wolał to rozwiązanie od taszczenia wszystkiego ze sobą, co zmniejszało by szansę powodzenia i tak już niepewnej misji.
Blue patrzyła się na Xandera, jak chciał z nią iść to jego sprawa, byle jej nie plątał się pod nogami.

- Skoro jesteś pewien, to nie będę cię zatrzymywać. Możesz się zabrać ze mną, tylko żebym potem nie musiała ciągnąć twojego zada przez pustkowia.

Biorąc kolejny, pełen widelec konserwy, wysłuchała jego rozterek na temat ekwipunku i ograniczenia wagi. Połykając to co miała w ustach, bo nie grzecznie jest mówić z pełnym pyskiem, odezwała się po raz kolejny do niego.

- Myślę że Sharp raczej nie będzie miał problemu z przypilnowaniem twoich rzeczy, powinny być przy nim bezpieczne. Tylko wiedz, że ja swoje rzeczy zabieram, i tak dużo w torbach nie mam, a podstawowe przedmioty i mikstury lecznicze, mogą się przydać.

Pakując ostatnią porcję konserwy do gęby i ją przełykając, wrzuciła widelec i pustą puszkę do torby (zostawiając porządki zaklęciu sortującemu zrobić z tym porządek), po czym wstała.

- Wyruszamy za jakieś pół godziny, więc idź ogarnij co musisz i spotkajmy się potem przy wejściu do obozu, szczegółowy plan dopracujemy po drodze. Zjedz coś, odpocznij jeszcze chwilę. Jako, że nikt nie wie, jak daleko jest nasz cel, może nas czekać cała noc marszu.- powiedziała jeszcze do Rustiego, i ruszyła przez obóz w kierunku sterty trupów leżącej nieopodal.

Dochodząc do tej niezbyt przyjemnej górki, stała tam chwilę. Nie podobało się jej to co zamierzała zrobić. Na dobrą sprawę, gdy by czegoś nie potrzebowała, w ogóle by się do tego miejsca nie zbliżała. Zaczęła powoli przyglądać się zwłokom, w poszukiwaniu jakiejś w miarę rozsądną kaburą na swoją broń.

< pisane na szybko przed wyjściem na imprezę, za wszystko przepraszam >
[Obrazek: signature.php]
Starweave i jej nagły przypływ dobrego poczucia humoru, zakończył się tak szybko jak się rozpoczął. Przyczyniły się do tego między innymi stanowcze słowa starszego jednorożca. Oraz jedna myśl, która dopiero chwile później uderzyła Star. Klacz śmiała się z niekopytnej sytuacji w której znalazł się Sharp, zapominając, że przecież sama wcale nie była postawiona w lepszym świetle. Przecież ten ogier najpewniej przyłapał ją, kiedy ona i Blue... tylko ze sobą spały. Albo i nie przyłapał. Może Blue zerwała się wcześniej, dopiero później wzywając go na wóz.

Było to prawdopodobne, a nawet jeśli, to Sharpowi widocznie wisiało to na tę chwilę. Lub po prostu nie miał już ochoty na więcej kompromitacji. ”Wiele możliwości naraz.” Pomyślała Star, a najbardziej podobała jej się ta w której ogier jako pierwszy wychodzi z wozu, nie czekając na Starweave. Która z kolei ponownie odnajduje wygodną pozycję i zyskuje chociaż jeszcze te kilka cennych minut.

Jednak najwidoczniej medyk postanowił być dżentelkucem, i puścić klacz przodem. Bo nic się takiego nie działo. Starweave nie chcąc grać na zwłokę w obecności drugiego jednorożca, niechętnie i powoli zebrała się na równe nogi. Poprawiła broń w kaburze, płaszcz, klamoty w jukach, włosy na ogonie i w końcu trochę też swoją fryzurę. Następnie wylewitowała swoje juki z powrotem na siebie, starannie zapinając wszystkie mocowania. Na zakończenie wypuściła z siebie długie ziewnięcie, przywracając sobie tym samym jakiś ułamek swojej maksymalnej mobilności. Ziewając prawie połknęła swoje kopytko, które z drobnym spóźnieniem powędrowało do jej pyszczka.

Klacz ponownie spojrzała na wciąż cierpliwie czekającego na nią ogiera. Zrobiła lekki uśmiech, stajać tuż koło niego przy wyjściu.– No dobrze, możemy już ruszać. – Wcale nie miała ochoty wychodzić na zewnątrz, jednak wiedziała, że wypięcie się zadem do Sharpa wcale nie było załatwieniem sprawy.

Logweave:
Introduced Command:
Command: Follow
Target: Sharp

GM Log:
Auth. EC-1101
Command: A whale. And a bowl of petunias.


Sharp obserwował kolejne czynności Starweave ze zniecierpliwieniem. To, co klacz wyprawiała, nie nastawiało go optymistycznie względem ich współpracy, a wręcz przeciwnie. Mówiąc konkretnie, miał wielką ochotę wyrzucić ją z wozu za pomocą telekinezy. Niestety wiedział, że nie wynikło by z tego nic dobrego ani dla jego relacji ze Starweave, ani dla jego na razie nieistniejącego autorytetu jako dowódcy. Trzymając się tych myśli, starał się, żeby nie okazywać swojego zirytowania i czekał. I czekał. I czekał.

W końcu, po, wydawałoby się, wiekach, klacz jednorożca zakończyła swoje jakże ważne czynności, z czego połowę można było zrobić symultanicznie z innymi miast powoli i, wydawałoby się, złośliwie robić wszystko po kolei i metodycznie, jakby zapięcie juków dwakroć wolniej niż się dało było najważniejszą czynnością na świecie.

Ostatecznie odezwała się, z uśmiechem. Ogier przewrócił oczyma.
Miał zamiar puścić klacz przodem, ale z prostego faktu, że nie wyszła ona w tej chwili wywnioskował, że nie ma to większego sensu. Zszedł zatem z wozu bez słowa. Zatrzymał się na zewnątrz, czekając na klacz.



Blue wyruszyła na poszukiwania dobrej kabury do rewolweru w górze trupów. Podeszła do dwóch śmierdzących stosów ciał. Stos raiderów śmierdział wyraźnie mocniej. Uzbrojenie atakujących było w większości prymitywne. Wygląd całej kupy ciał nie dawał nadziei na znalezienie tam kabury. Widząc to, klacz zostawiła ten stos i skierowała swój pyszczek ku ciałom najemników.

Widok nie był za ładny, ale każdy kuc na pustkowiach szybko się do podobnych przyzwyczajał. Smród był potężny, ale do tego też każdy był przyzwyczajony. Robiło się ciemno, co oznaczało, że gdyby nie obóz, ciała byłyby już łupem padlinożerców.

Blue rozpoczęła swoje poszukiwania. Mimo, iż jej rewolwer powinien pasować do najpopularniejszej kabury, z początku nie mogła nic dobrego zauważyć. W końcu, po parunastu minutach poszukiwań, natrafiła na przypiętą do czyjejś przedniej nogi prostą kaburę, na oko ze skóry brahmina. Zdjęcie jej było o tyle proste, że wspomniana przednia noga nie była dołączona do reszty ciała.

Kabura była lekko zakrwawioną prostą konstrukcją, służącą do chowania broni krótkiej. Wyglądało na to, że używana była wraz z pistoletem półautomatycznym, ale powinna bezproblemowo pasować do rewolweru klaczy. Można było ją zamontować na przedniej nodze, bądź tylnej, jednakowoż to drugie rzadko czyniono; z tylnej nogi raczej nie dao się wyjąć broni za pomocą pyszczka, a czasem nawet jednorożec musiał się do tego uciec.



Rainfall po krótkim biegu ujrzała obozowisko. Dobiegła do środka, by zastać tam pijaną klacz na ziemi i płonące ognisko. Prócz tego był tam jeszcze Sharp koło jednego z wozów i Rusty, w pobliżu tego samego wozu.



Iron ruszyła na poszukiwania czegokolwiek przydatnego w kompleksie. Wilgoć zniszczyła wiele. Meble, drewniane, przy otwieraniu często się rozpadały. Przy otwieraniu jednej z szuflad, przód szuflady odpadł razem z kopytem klaczy, by ujawnić kolejne zgniłe papiery. Wydawałoby się, że nie było tu nic przydatnego.

W jednym z rogów Iron znalazła kolejny szkielet. To był szkielet klaczy jednorożca, a jej okoliczności śmierci były dość oczywiste. Otwór wlotowy był tuż pod rogiem. Szczątki leżały w rogu, który częściowo uniknął zgubnego wpływu wody, nie wiadomo czemu. Co za tym szło, zniszczeniu uległo tam mniej "skarbów". Na szkielecie zachowały się resztki dość prowokacyjnej bielizny, co tworzyło raczej nieciekawy widok.

Po ograbieniu głównych, otwartych, pomieszczeń, łup klaczy dalej był dość skromny: nic nie nadawało się tu do użycia, prócz jednej butelki Sparkle-Coli znalezionej na stoliku koło zagadkowego basenu będącego wanną. Butelka była lekko zabrudzona, ale wciąż oryginalnie zamknięta i zawierająca legendarnie wręcz odporny na starzenie się napój.

Iron w końcu podeszła do drzwi na boku i z bronią gotową do strzału otwarła je.
Ukazała jej się niewielkich rozmiarów łazienka, wyraźnie niewzruszona uzbrojoną klaczą naruszającą prywatność jej kafelek bez pukania.
Pod ścianą naprzeciw drzwi leżał kolejny szkielet klaczy, tym razem pegaza. Ponownie, widać było otwory wlotowe, ale nigdzie nie było broni. Ślady krwi na kafelkach na ścianie za szkieletem dopowiadały resztę historii.

Kabina prysznicowa, umywalka i muszla klozetowa wraz z szafką i potłuczonym szkłem kosmetyków na podłodze nie oferowały niczego cennego do zebrania. To pozostawiało ostatnie drzwi w całym kompleksie.
Matematyka wcale nie jest trudna. Po prostu jesteś debilem.
Blue stałą w miejscu, patrząc się na nogę leżącą przed nią. Siadając przed nią, rozejrzała się za resztą właściciela, lecz nie dostrzegła żadnego ciała, do którego ta kończyna mogła należeć.

- Jak ja nie nawiedzę tych pustkowi. - zruciła pod nosem, lewitując powoli w swoją stronę, pozostałość tego biedaka. Ostrożnie odpinając mocowania, odłożyła ona kaburę na bok, a nogę wylewitowała do góry ciał przy których ją znalazła i powoli ją tam ułożyła. Siedziała tak, obserwując chwile ten stos, i ten widok upewniał ją tylko w jednym - Jak ja KURWA nie nawiedzę tych pustkowi.

Wstając, podniosła kaburę do góry i ruszyła w kierunku środka obozu. Dochodząc do ogniska, położyła ją na ziemi a sama się rozejrzała za pewnym pługiem. Odnajdując uchlaną White, podniosła ją za pomocą telekinezy, i powoli zaprowadziła ją z powrotem do ogniska, gdzie ją usadziła i znowu wepchnęła łeb do wiaderka, które wcześniej opróżniła wylewając jego zawartość za skałę i przysypując piachem, żeby za bardzo nie waliło. Wyciągając z torby po raz kolejny butelkę wody i szmatę, usiadła ona sama na ziemi i wpatrzyła się pianą klacz. Ten widok ją tylko utwierdzał w tym co Sharp powiedział, oni by z wychodka nie potrafili skorzystać bez pisemnej instrukcji.

Mocząc szmatę wodą, przystąpiła ona do czyszczenia nowego nabytku z pozostałości poprzedniego właściciela, a łatwe to nie było. Po kilku minutach szorowania, kabura była w miarę czysta. Chowając ścierkę do torby, podsunęła ona butelkę z wodą pod wiaderko White.

- Będziesz mi wdzięczna, jak dojdziesz do siebie. - powiedziała do drugiej klaczy wstając, chodź nie była pewna czy do tej cokolwiek w tej chwili dociera. Gdy już stała, zaczęła montować kaburę na tylnej prawej nodze. Gdy była pewna że ta się już nie zsunie, wyciągnęła z torby swoją broń i ją umieściła w nowym nabytku. Robiąc kilka kroków w każdy bok i podskakując kilka razy do góry, upewniła się że wszystko się trzyma jak należy.

Już maiła iść szukać Sharpiego, i się odmeldować przed jej samobójczą misją, gdy jej uwagę przykuł pewien nowy element otoczenia. Zmachana Rainfall rozglądająca się po obozie jak by czegoś szukała.
[Obrazek: signature.php]
Iron wtargnęła do łazienki i wzrokiem obszukała małe pomieszczenie, popatrzyła pod ścianę i mimowolnie przewróciła oczami po czym dorzuciła: - Znowu? - po tym cicho zamknęła drzwi i wróciła do hallu. Zastanawiały ją te wszystkie szkielety klaczy w tym miejscu. Czy była w ekskluzywnym schronie playboya? w tajnej siedzibie jakiegoś haremu? Mieszkaniu dwóch bogatych Lesbijek? Albo może w podziemiu naprawdę fajnego burdelu?

W każdym razie była pod ziemią w zniszczonym ekskluzywnym miejscu. Co robi Takie coś na środku pustyni?

Długo nad tym myślała przerzucając pierdziliard opcji i dotarła do wniosku że jeśli dane jest jej się dowiedzieć to się dowie. Tymczasem ruszyła do ostatnich nie otwartych drzwi, stanęła przed nimi, zebrała się w sobie i otwarła drzwi po czym szybko pchnęła je lufą karabinu i wskoczyła do środka gotowa siać zniszczenie.

Start protocol 56 - Status OK
Add protocol 22 alpha - Status OK
Add protocol 96/7 - Status OK
Add protocol IN54N1TY - Status Everyday OK
Program OK. Choose target: Everything.
[Obrazek: cgnimLq.png]




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 20 gości