Ocena wątku:
  • 1 głosów - średnia: 1
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Pustkowia Equestrii
Sharp obserwował, jak Starweave dodawała dziwnej substancji do wody. Mógłby przysiąc, że był to jakiś rodzaj mydła, dobra raczej na Pustkowiach luksusowego, ale nie aż tak rzadkiego. Słyszał nawet kiedyś o miejscach, które je produkowały.
Najwyraźniej klacz chciała mu wyraźnie pokazać, że ma kasę na używanie mydła na środku pustyni. Bo to, żeby chciała się po prostu umyć, było niemożliwe. Albo była jeszcze krócej na zewnątrz, niż medyk podejrzewał. Na marnotrawstwo wody nie mógł narzekać, mieli jej pod dostatkiem, przynajmniej chwilowo.

- …Potrzebujemy jej do bycia klaczami. - Nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Zamrugał oczami z zaskoczenia, ale nic nie powiedział.

- Bardzo ci dziękujemy, a teraz pozwól że zajmiemy się sobą i trochę odpoczniemy po tym wszystkim. - uśmiechnął się lekko i skinął głową w uprzejmym geście, rzadko spotykanym wśród kucyków w tych dniach.
Spojrzał na obozowisko. Bez opału i kamieni ogniska nie rozpali i Celestia. No, może wystarczyłoby by bardzo dobrze opanować pirokinezę, ale i tak ognisko szybko by zgasło bez paliwa.

Ogier skierował się więc ku wyjściu z obozowiska, sprawdzając przy tym, czy w rewolwerze jest amunicja. Załadował także nowy magazynek do swojego zaufanego karabinu. Nie znasz dnia ani godziny - przypomniał sobie stare zdanie, jednakże miał nieodparte wrażenie, że używa go w złym sensie.

Uzbrojony i czujny, wyszedł z obozu. Nie miał zamiaru oddalać się za bardzo, ale też musiał kawałek odejść, by w ogóle cokolwiek znaleźć...
Matematyka wcale nie jest trudna. Po prostu jesteś debilem.
Iron z spokojem obserwowała dziejące się cuda "dziana jest... albo na powierzchni siedzi za krótko." skwitowała ciemnogranatową klacz.
Iron z milczeniem wsłuchiwała się w rozmowę, najbardziej poetyckie były słowa: - …Potrzebujemy jej do bycia klaczami.

Pięknie określone. Po wymianie grzeczności usłyszała głos Star skierowany do niej: – Chodź Iron.

Z ociąganiem udała się za złotooką. Jako najobrzydliwszy niespaczony umysł na pustyni jej receptory węchowe nie odczuwały smrodu sierści tak mocno, był to raczej słaby i normalny dla niej zapach. Był praktycznie wszędzie - zapach trupów.

Wzrok Iron póki nie wyrównała się z Star błądził po ciemnogranatowej, starała się skupić na czymś na horyzoncie ale jej się to za bardzo nie udało. Gdy już wyrównała krok miała całkiem niezły wgląd na sytuację. Chciała pogadać z Star ale nie miała w tym momencie tematów żeby rozpocząć konwersację.
[Obrazek: cgnimLq.png]
Obie klacze szły przed siebie przez parę najbliższych sekund. Jednoróżka czuła niezręczność popielatej, ale nie zamierzała przerwać chwili milczenia. W sumie obie szły się tylko odświeżyć i nie było w tym nic wyjątkowego. Star zdążyło się już nie raz pomagać w kąpieli innej osobniczce. Zazwyczaj były to właśnie kucyki ziemne, które same nie mogły się dość dobrze domyć. Lecz tym razem coś czyniło to wszystko bardziej wyjątkowym, była to taka inna sytuacja…

Starweave tuż za północnym wozem znalazła kawałek gładkiej, nie za wysoko wystającej ponad grunt skały. Weszła na nią, układając obok siebie lewitowane buteleczki. Następnie zdjęła z siebie swoje juki, razem z płaszczem i kaburą na broń. Odlewitowała cały swój ekwipunek pod jedno z kół wozu karawany, opierając o nie swoje juki. Wyjęła SMG z kabury i położyła je na jednym z juków, tak aby było dobrze widoczne. Płaszcz natomiast zawiesiła na krawędzi wozu.

Po tym zabiegu Starweave eksponując przed Iron soje nagie ciało, porwała jedną z buteleczek, tą w kolorze białym i odkręciwszy nakrętkę powoli zaczęła wylewać jej zawartość na swoje plecy, jednocześnie chwytając ciecz swoja magią. Warto by tu dodać, że czereśniowa klacz była pierwszym kucykiem który mógł podziwiać jej uroczy znaczek.

- Uuu, ciepła. – Wzdrygła się przy pierwszym kontakcie z cieczą, jej róg świecił wraz z tym jak szampon wędrował po jej sierści. Manipulowała płynem przy pomocy swojej telekinezy, nie pozwalając przy tym ani kropelce uciec do gruntu. Było to dość przyjemne uczucie. Po jakimś czasie na jej sierści zaczęły powstawać mydliny, a powietrze wypełnił piękny zapach wanilii bijący od szamponu.

– No podejdź tu, nie bój się. - Starweave spojrzała z chytrym uśmieszkiem na swoją popielatą towarzyszkę.
Blue przez dłuższy czas przyglądała się wydarzeniom dziejącym się wokół niej stojąc na uboczu. Wozy szybko ustawiono w jakiś rozsądnych pozycjach, postawiono prowizoryczne barykady. Po chwili każdy kuc poszedł w swoją stronę zajmując się tym czym chciał zostawiając ją samą sobie. W obozie do pełni szczęścia brakowało tylko ogniska.

Rozglądając się za opałem Blue zaczęła chodzić od wozu do wozu szukając w miarę pustej skrzynki którą można by przerobić na zapałki. Dochodząc do jednego z nich coś przykuło jednak jej uwagę. Zaraz za wozem na jej EFSie wyświetlał się znacznik który oznaczyła ona pewną klacz. Wychylając się powoli za rogu żeby sprawdzić co tam się dzieje jej oczom ukazał się bardzo ciekawy widok.

Nie wiele kucy na pustkowiach to wie ale cybernetyczne oczy dają pewne ciekawe możliwości włączając w to dość porządny zoom i możliwość nagrywania a pipbuck standardowo jest w stanie pomieścić kilkaset godzin materiału filmowego w HD.

- No, za taki materiał to w Flank nieźle mi zapłacą. - Powiedziała do siebie Blue włączając nagrywanie i zoomując obraz na dwóch niczego nie świadomych klaczach. Po nagraniu kilku minut bardzo ciekawego materiału klacz powoli się wycofał, upewniając się że nie została zauważona poczym wdrapała się na wóz. Będąc w środku złapała za pierwszą lepszą skrzynkę, wysypując zawartość w postaci dość dużej ilości uzbrojenia na podłogę, po czym skierowała się z nią na środek obozowiska gdzie przystąpiła do demontażu tegoż drewnianego pudełka na wykałaczki. Po chwili przed nią znajdowała się dość rozsądna kupka drewna i niewielki zapas na potem.
Zdejmując swoje torby na ziemie Blue przystąpiła do szukania w nich czegoś co by nadawało się do rozpalenia ognia.

- Kurwa, pełno rupieci a zapałek nie spakowałaś. - Powiedziała do siebie cały czas grzebiąc w torbach. Po chwili wyciągnęła ona z nich dwie rzeczy i lewitując je przed sobą popatrzyła się przez chwilę na stertę drewna. - Nie, to nie zadziała. A poza tym ja chce ognisko rozpalić a nie obóz wysadzić. - Mruknęła pod nosem chowając z powrotem do torby puszkę WD-40 i rolkę szarej taśmy by po chwili wyciągnąć jeden z pistoletów laserowych który dostała od Sharpiego. Celując w przyszłe ognisko pociągnęła za spust i po chwili deski bardzo ładnie się paliły. Lewitując z torby czajnik napełniła go wodą i ustawiła ostrożnie na szczycie ogniska po czym ułożyła się wygodnie na ziemi w bezpiecznej odległości. Wyciągając z torby książkę jeszcze raz rozejrzała się po obozie upewniając się że wszystko jest w jako takim porządku po czym zabrała się za lekturę.
[Obrazek: signature.php]
Sharp łaził między głazami i innymi większymi obiektami, pozornie szwędając się bez celu. Tak naprawdę szukał tych cholernych kamieni i materiału opałowego na ognisko.

Zaklął cicho, gdy, patrząc lekko przed siebie w poszukiwaniu kamieni, potknął się o jakiś kawałek zardzewiałej blachy leżący pośród wyschniętej ziemi. Spojrzał, zirytowany, na wspomnianą blachę, zauważając ładnie wyglądającą gałąź koło fragmentu metalu.
Mruknął cicho w lekkim zaskoczeniu, po czym uniósł gałąź i wrzucił ją do worka, który to miał przy sobie, wraz z innymi podobnymi oraz także kamieniami. Tych ostatnich miał już sporo, ale w opinii ogiera wciąż brakowało kilku żeby skutecznie spełniały swoją funkcję.

Medyk ruszył dalej, wciąż skupiając swój wzrok na ziemii, raz po raz rozglądając się czujnie w poszukiwaniu zagrożenia. Na Pustkowiach nigdy nie wiadomo, kiedy wróg zaatakuje. Kucyki wyposażone w PipBucki, jak Blue, miały sporą przewagę - ich zaklęcia pozwalały lokalizować wroga bez wpatrywania się w horyzont. Zwykli, biedni mieszkańcy zniszczonej Equestrii musieli po prostu zacisnąć zęby i wciąż trzymać broń w pogotowiu bez jakiejkolwiek przerwy.

Sharp westchnął cicho, gdy tok myślowy przypomniał mu, że był czas w jego życiu, gdy nie musiał spać z załadowanym rewolwerem pod poduszką. Ba, że był czas, gdy miał poduszkę.

Miło by było móc gdzieś się osiedlić - znowu uwyraźnił dość oczywistą myśl, która co jakiś czas go uderzała. Ale nie samemu - dodał w myślach.

Mimo tego, że nie mógł się nazwać starym, to i tak miał więcej szczęścia niż większość kucyków. Jeżeli dobrze liczył, był w okolicach trzydziestki, a radził sobie całkiem dobrze, miał jeszcze wszystkie części ciała i profesję zapewniającą, że nigdy z głodu nie umrze. A jednak... Pomimo czucia się w podróży lepiej niż w jednym miejscu, to gdy raz zasmakował faktycznej przynależności do społeczności miejscowej, chciałby do tego wrócić. Jednakowoż była też inna rzecz, którą by chciał osiągnać... tylko to już było cięższe zadanie. Wykonalne, nawet na Pustkowiach, ale kompletnie innego rodzaju, niż większość problemów przed którymi kucyki stają na co dzień.

Trzeba zadbać o bezpieczeństwo reszty, a ja tu siedzę i rozmyślam o przyszłości.

Westchnął, pokręcił lekko głową z dezaprobatą wobec samego siebie. Zamrugał oczami i powrócił do zbierania materiałów. Po drodze zgarnął nawet kilka jakimś cudem zachowanych drutów do juków. Znalazł je pośród piasków. Nigdy nie wiadomo kiedy taki złom się przyda. W dzisiejszej Equestrii zasada była prosta: jeżeli jest dobrze zachowane - brać, pewnie da się wykorzystać albo komuś opchnąć.

Ogier przeszukiwał teren w pewnej odległości od karawany. Nie miał zamiaru oddalać się za bardzo, głupi nie był, ale też nie mógł nic znaleźć bliżej. Był aktualnie na lekkim podwyższeniu, dzięki czemu widział dość daleko w każdą stronę. Wyglądało na to, że byli dość daleko od jakiejkolwiek cywilizacji. Jeżeli można uznać osady na Pustkowiach za “cywilizację”. Sharp uznawał.
Lepsza taka namiastka społeczności, niż banda bandytów - pomyślał, przypominając sobie niedawną rzeź w bitwie.

Rozejrzał się po pustyni, korzystając ze swojej przewagi wysokości. Nie mógł dojrzeć żadnej osady, ba, ani jednego kucyka w zasięgu swojego wzroku. W pewnej odległości od jego pozycji, jednakowoż za daleko, by odważył się na samodzielną wyprawę w tamtą stronę, stało kilka budynków. Murowanych, a to prowadziło do oczywistego wniosku, że były to przedwojenne ruiny. Nie wyglądały na zamieszkane, ani tym bardziej na warte bliższego sprawdzenia.

Nawet gdyby było inaczej, medykowi nie uśmiechał się tak długi, samotny marsz przez pustynię, gdzie za każdą większą skałą może się kryć śmierć.

Odwrócił się w innym kierunku. Teren pośród skał makabrycznie zdobiło wyschnięte, dość niskie, drzewo. Wyglądało jakby samo miało się rozpaść. Jednorożec postanowił, że mu w tym pomoże. Po odłamaniu odpowiedniej ilości drewna i umieszczeniu materiału w worku, ruszył z powrotem w stronę tego prowizorycznego fortu, w który przerodziła się karawana. Idąc, zastanawiał się, kiedy obudzi się ich “gość”. Powinien jeszcze tego samego dnia, może późnym popołudniem, biorąc pod uwagę środki nasenne, które mu podał, ale przed zmrokiem. Medyk miał nadzieję, że będzie przy jego zbudzeniu się. Nie tylko dlatego, że, po za Blue i Starweave, nie było w karawanie osoby, której by ufał w takiej sytuacji nawet w najmniejszym stopniu.

Wyszedł zza skał otaczających karawanę. Mimo znajdowania się w pewnej odległości od wozów, zauważył jakiś ruch tuż za nimi. Kierując się odruchami, umieścił się częściowo za skałą względem postaci. Dopiero gdy wyciągnął lornetkę celem sprawdzenia, czy przypadkiem ktoś się nie podkrada do ich pozycji i przyjrzał się kształtowi, rozpoznał, że to dwa kucyki. Dokładniej dwie klacze, z którymi się widział tuż przed wyjściem. Myły się. Sharp szybko opuścił lornetkę, po czym zamrugał oczami. Potrząsnął lekko głową, schował lornetkę i poszedł dalej w stronę karawany.
Matematyka wcale nie jest trudna. Po prostu jesteś debilem.
Obie klacze zakończyły swoją kąpiel. Klacz jednorożca była perfekcyjnym świadectwem czystości, oraz koloru ciemnogranatowego, jak i nieskazitelnej bieli. W odróżnieniu od większości mieszkańców pustkowi, jej włosy, jak i sierść, były wyjątkowo zdrowe, ciesząc klacz żywymi kolorami.

Tych samych zaszczytów nie mogła sobie przypisać czereśniowa, co nie oznaczało, że wysiłek poszedł na marne. Klacz wyglądała dużo, i to dużo lepiej niż przedtem, a łagodna woń wanilii był dość mocnym kontrastem dla jej poprzedniego zapachu. Starweave, jak i Iron, zebrały swój ekwipunek, po czym ruszyły do centrum obozowiska.

Klacz mogła dostrzec światło bijące z miejsca w którym powinno znajdować się ognisko. Wyglądało na to, że medyk podołał zadaniu, aczkolwiek wyglądało tak tylko na pierwszy rzut oka. Ognisko było zdecydowanie za małe, aby sprostać wymogom Starweave, a przede wszystkim jej mokrej sierści. Drugim dostrzeżonym elementem był obijający się tuż przy ognisku kucyk. ”Ktoś tu bawi się w panią prezes”

Podchodząc bliżej, nieświadomie zeszła się z jasnobrązowym ogierem. Nie była pewna czy sierść na jej pyszczku przybrała już swój naturalny kolor. Mimo to podeszła do konwersacji jakby nigdy nic.

- Ach… od razu czuje się lepiej, takie odświeżenie to świetna sprawa, mówię ci – powiedziała klacz, przekręcając głowę na bok. Wykręciła włosy, wyciskając z nich wodę. Po jej głosie można było rozpoznać, że jest w nadzwyczaj dobrym humorze.
- Widzę, że udało ci się wyrwać coś konkretnego – dodała po chwili, spoglądając na taszczony przez jednorożca wór.
Sharp zmierzał spokojnym, niespiesznym krokiem ku obozowisku. Widział doskonale, że ktoś już rozpalił ogień. Prawdopodobnie Blue - stwierdził, przypominając sobie, że mówiła coś o herbacie. Uśmiechnął się lekko. Brakowało mu jej herbaty przez długi czas.
Przyspieszył lekko kroku, wciąż idąc jednak co najwyżej lekko przyspieszonym chodem.

Niedaleko wejścia do terenu otoczonego przez wozy praktycznie wpadł na Starweave, zmierzającą, najwyraźniej, w tę samą stronę.
Prawie potknął się o leżący na drodze jego kopyta kamień.
- Ach… od razu czuje się lepiej, takie odświeżenie to świetna sprawa, mówię ci - usłyszał głos klaczy. Powstrzymał się od gwałtownej reakcji. Zakłopotanie nie chciało ustąpić, ale lata doświadczenia w handlu sprawiły, że nie okazał tego po sobie. A przynajmniej miał wielką nadzieję, że tak faktycznie było.
Skinął tylko głową w stronę drugiego jednorożca, próbując jednocześnie wymyślić jakąś logicznie brzmiącą odpowiedź.

- Widzę, że udało ci się wyrwać coś konkretnego - skomentowała Starweave. Chwała Celestii! - pomyślał, będąc wdzięczny za to, że klacz nieświadomie odsunęła temat od... mycia.
- Ta, spokojnie powinno wystarczyć na jakiś czas - powiedział, niby od niechcenia. Próbował zmienić tor myśli, uporczywie wracających do jednego, konkretnego tematu.

Wpuścił drugiego jednorożca przodem, wdzięczny jej przy tym, że szybko zmieniła temat. I nosiła płaszcz. Po wejściu na teren obozowiska podszedł od razu do Blue leżącej na środku, przy prowizorycznym ognisku. Zaczął zajmować się ogniem, układając ognisko tak, by dawało ciepło i nie gasło.
Spojrzał na niebieskiego jednorożca leżącego przy, gotowym już do dalszej eksploatacji, ognisku.
- Co tam czytasz? - rzucił do przyjaciółki, kładąc się koło niej.
Zanim odpowiedziała, obejrzał się za siebie, by zobaczyć, co robi Starweave. Gdy tylko upewnił się, że nie zrobi czegoś głupiego, w stylu pójścia do wozu rannego, zwrócił wzrok z powrotem ku Blue.
Matematyka wcale nie jest trudna. Po prostu jesteś debilem.
- Ta, spokojnie powinno wystarczyć na jakiś czas – powiedział jednorożec. Starweave zaobserwowała coś dziwnego w jego zachowaniu. Przypomniała sobie, że kucyki na pustkowiach zwykły bardzo dziwnie reagować na jej szampon. ”To pewnie przez ten aromat, co oni mają do zapachu waniliowego?”

Klacz jednorożca została przepuszczona przez jasnobrązowego ogiera. Był to dość prosty aczkolwiek miły gest, a przynajmniej byłby miły gdyby nie to, że ogier całkowicie zignorował Iron.
Chwile potem i tak wyprzedził klacz jednorożca, po czym dołączył do Blue przy ognisku. Zaczął podkładać drewna do ognia. Wyglądało na to, że trochę potrwa zanim wypełni się ono zajmie.

Starweave zaczęła rozglądać się po okolicy w poszukiwaniu czegoś, czym mogła by się na ten czas zając. W pierwszej kolejności spojrzała na jeden z wozów ”nie”, potem na skrzynki ”jeszcze nie”. Spojrzała na czereśniową ”Na boginie… nie" W końcu zawiesiła wzrok na dwójce najemników. Wyglądało na to że jeden z nich miał coś w rodzaju załamania nerwowego, a drugi starał się go pocieszyć.

- Ogrzej się przy ognisku, zaraz do ciebie dołączę – powiedziała, nieznacznie przekręcając głowę w stronę popielatej. Następnie zbliżyła się do dwójki najemników. Śmiała twierdzić, że ten podłamany był znacznie młodszy nawet od niej samej. Poza rozszarpanym uchem wyglądało na to, iż nie odniósł żadnych innych obrażeń. Klacz zwróciła się do starszego najmity.

- Co mu się stało? Czy mogę jakoś pomóc?
Dwaj najemnicy leżeli na ziemi przy kole wozu. Mniejszy, co sugerowało także, ze sporo młodszy, był wtulony w starszego. Teraz leżał cicho, ale widać było, że jest wyczerpany od samego płaczu. Teraz nie ruszał się i oddychał miarowo.
Drugi kucyk położył swoją głowę na ciele młodszego w niemym geście pocieszenia. Na pewno żaden z nich nie przypominał nijak przeszkolonych żołnierzy najemnych.

Starweave podeszła i spytała się, czy może jakkolwiek pomóc. Głowa starszego najemnika poderwała się do góry. Ciemnożółty kucyk ziemny noszący krótką, zieloną niczym jego grzywa, kozią bródkę, spojrzał na nią, w pierwszej chwili z czystą nienawiścią. Jakby samym wzrokiem mógł zabić. Gdy ujrzał kto pyta, a także szczerą chęć pomocy wymalowaną na pyszczku klaczy, jego wzrok natychmiast utracił swój nienawistny wyraz. Rzucił okiem na drugiego najemnika.

Z bliska, w dobrym świetle, widać było, że śpiący kucyk jest mocno młodszy. Nie mógł mieć więcej niż 17 lat. Starszy spojrzał z powrotem na Starweave.
- A wygląda, jakbyś mogła nam pomóc? - jego głos brzmiał, jakby miał zamiar powiedzieć to agresywnie, albo chociaż z irytacją, jednakowoż załamał się, odsłaniając w dość bezpośredni sposób, że sam, mimo pocieszania młodszego, też nie jest w dobrym stanie psychicznym.
Matematyka wcale nie jest trudna. Po prostu jesteś debilem.
Klacz wpatrywała się w mniejszego ogiera. Z bliska wyglądało na to, że faktycznie był młodziutki. Ciemnożółty przemówił do niej, zaraz po tym jak rzucił mu krótkie spojrzenie.

- A wygląda, jakbyś mogła nam pomóc? – ”Cholera nie” odparła w myślach. Naprawdę nie wiedziała co mogła by zrobić w takiej sytuacji. Starweave widziała ich już wcześniej, ale stwierdziła że najlepsza opcją będzie pozostawienie ich samemu sobie. Tak aby mogły to wszystko w spokoju przetrawić i w końcu pogodzić się z gorzką prawdą.

Jednak widok dwójki przytulających się ogierów, był dość…niecodzienny dla klaczy. Nie byli najemnikami. Star zrozumiała właśnie dlaczego udało jej się podszyć pod jednego z nich, i z taką łatwością załapać na transport. Wyglądało na to, że były szef karawany starał się zaoszczędzić na nich jak najwięcej kapsli.

Dwójka załamanych kucyków nie sprawiała wrażenia jakby się miała z tego sama „wylizać”, zwłaszcza, że trwało to już zbyt długo. Ciemnogranatowa miała wrażenie że ogier przytulał się do młodego, bardziej żeby pocieszyć siebie, niż jego samego. ” I co ja mam zrobić? Mam przejść wszystkie mamy w byciu matką sama nigdy jej nie posiadając? Po krótkiej chwili rozmyślań i bezpośredniego wpatrywania się w jego rozżalone oczy, podeszła bliżej kucając tuż przy nim.

- Naprawdę bardzo mi przykro – powiedziała łagodnym i spokojnym tonem – Ale to nie jest jeszcze żaden koniec. Wy dwaj nadal żyjecie, ja nadal żyje, a poza nami przeżyło jeszcze kilkanaście innych kucyków. Zrobiła krótka przerwę, spoglądając chwilowo na śpiącego ogiera. Wróciła spojrzeniem na ciemnożółtego, kładąc mu kopytko na ramieniu.

- Posłuchaj, udało nam się przetrwać to piekło. Luna dała nam szanse i nie możemy jej zmarnować. Musisz wziąć się w kopyto, musisz to zrobić dla reszty kucyków które cię potrzebują, a przede wszystkim dla samego siebie.




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 3 gości