Ocena wątku:
  • 1 głosów - średnia: 1
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Pustkowia Equestrii
W chwilę po tym jak Xander skończył mówić jego uwagę przyciągną niewielki gest ze strony Sharpa. Jednorożec wyciągną w jego stronę kopytko, lecz się zawahał. Stał kilka sekund w takiej pozycji po czym je cofną. Gest ten zaciekawił trochę młodego ogiera, ale nie dawał tego po sobie poznać. Co to mogło być, albo co znaczyć? Hmm... czy on chciał mnie jakoś pocieszyć? Może... Niedawno jak mu się pod nogami rozkleiłem też próbował i podobnie wyciągną kopytko, tylko, że wtedy to ja to odrzuciłem... Ale teraz... to w sumie nie wiem co o tym myśleć.

Chwilę później jednorożec zaczął pocieszać zebrę lecz przerwał już w drugim zdaniu. Starszy ogier przez moment się zastanawiał, - "mówisz, że umiesz się skradać? Myślę, że Blue mogłaby skorzystać z pomocy drugiej osoby na misji." – w końcu padło z jego strony. Młodzik z początku nie wpasował tego co usłyszał w kontekst rozmowy i odpowiedział na pytanie. – Trochę umiem. Czasami chowałem się i ukrywałem przed scavengerami… Raz, może dwa jakąś grupkę śledziłem, w sumie to nawet nie wiem po co… - Tutaj urwał, gdyż dotarło do niego o co mogło chodzić Sharpowi.

– Czekaj… Czy ty…? Że to ja miałbym pójść i pomóc Blue…? Eee… Ale, ja… Tego… - Xander nie potrafił przez chwilę wydobyć z siebie nic prócz zająknięć. Wreszcie całkiem zamilkł i skupił się głównie na przemyśleniu całej tej sprawy. Cholera, cholera. Co robić? Czy ja się do tego nadaje? Może to jakiś podstęp…? Nie, to nie możliwe. Gdyby chcieli się mnie pozbyć, to nie cackali by się tak z tym. Ale z drugiej strony chyba tylko ja i on jakoś bardziej przejęliśmy się tym, że Blue idzie sama. On nie Pójdzie bo dowodzi, no a ja… Cóż w obozie jestem nie potrzebny. Ta ostatnia myśl nieco zasmuciła młodego ogiera.

Jeśli pomogę Blue to przynajmniej w jakimś stopniu będę pożyteczny… Poza tym skoro pozwala mi z nią pójść to znaczy że przynajmniej minimalnie mi ufa… On i Blue byli dla mnie mili mimo tego, że wiedzieli kim naprawdę jestem… Ale co jeśli coś pójdzie nie tak na misji… nie chce by przeze mnie coś się stało Blue. Cholera, ciężka decyzja… Młodzik ciężko westchną zbierając się by jakoś sensownie odpowiedzieć jednorożcowi. –Zabiłeś mi tym nie małego ćwieka… Ja… potrzebuje dłuższej chwili by to sobie przemyśleć. – Zebra, pod płaszczem, podrapała się kopytkiem po karku w geście niezdecydowania i zakłopotania. – Ale… - Momentalnie urwał chcąc zmienić to co zamierzał powiedzieć.- Może później to omówimy jeszcze z Blue… w końcu to chyba był jej pomysł…

Młodzik nie liczył zbytnio, że na to że ogier coś jeszcze by powiedział w tej sprawie, więc ruszył powoli z powrotem do wnętrza obozu. Zatrzymał się jednak, odwrócił głowę do Sharpa i powiedział niepewnym głosem. – Yyy. Mam ziarna kawy… Jeśli byś chciał to mogę ci kilka dać… mógłbyś sobie na wartę zaparzyć… - Xander chciał się chociaż w taki sposób odwdzięczyć za to że Sharp go znowu pocieszał.
Iron wlazła do tunelu, nie zważając na fakt, iż jej "wsparcie ogniowe" oraz tragarz nie zmieszczą się w przejściu do podziemi. Przeszła szybko przez wcześniej odkryty korytarz, by wkrótce zająć się rozmontowywaniem dezaktywowanego robota.
Odzyskać nie było za bardzo czego, gdyż całe uzbrojenie robota zostało usmażone, źródło zasilania było prawie na wyczerpaniu, a zdecydowana większość pozostałych części stanowiła zwykły złom.
Można było, owszem, usiłować wyciągnąć matryce zaklęć, jednakowoż bez profesjonalnego sprzętu, a najlepiej jednorożca i większej ilości czasu, było to wręcz niemożliwe do zrobienia bez uszkodzenia ich.

Jedynym, co nadawało się do zebrania, a nie było jedynie kupą przerdzewiałego złomu, była hydraulika używana do poruszania nóg robota. Były to jednakowoż ciężke kawały metalu, bez praktycznego zastosowania, jeżeli nie miało się podobnego robota, któremu akurat takich części brakowało. Na grzbiecie robota był ledwo widoczny napis "La Branco".

Pokój, w którym robot się znajdował, był raczej niewielkich rozmiarów. Było tu kilka metalowych pudeł, wyraźnie pozbawione kurzu miejsce, w którym chyba stał robot i zamknięte, ciężkie drzwi pancerne. Obok drzwi świecił ekran terminalu, pozbawionego klawiatury, za to wyposażonego w coś wyglądającego na czytnik kart. Mrugające, czerwone światło widoczne z daleka pochodziło od naściennej lampy alarmowej. Pozostawało zagadką, czemu alarm był włączony i od jak dawna.



Rain siedziała nad włazem, wodząc wzrokiem po skałach. Zmrok zapadał coraz szybciej, było już praktycznie ciemno. I wyglądało na to, że w okolicy nie było absolutnie nic oprócz dziury w ziemi, klaczy z działem, skał i oddalonego w tej chwili niemały kawałek od niej obozu.



White z sukcesem wyjęła głowę z wiadra. Próbowała nawet niezdarnie wstać. Świat zdecydował, że z tej okazji zatańczy dla niej. Pomysł, żeby się przejść po tymże tańczącym świecie, okazał się pomysłem chybionym, gdyż grawitacja do tańca nie dołączyła i przez to ciągnęła biedną klacz to w jedną, to w drugą. Tak przynajmniej wyglądało to dla White. Dla wszystkich na około widok przedstawiał mocno zataczającą się, pijaną klacz, która ledwo wstała, by po paru metrach zatoczyć się za mocno i gruchnąć bokiem w piach.



Reakcja Xandera nieco zaskoczyła medyka. Widać było u niego z samooceną gorzej, niż ogier z początku sądził... Ale skoro przetrwał samemu, a do tego wydaje się w większości cały, to musi mieć jakiś zestaw umiejętności. Tyle dobrego, że zebra zgodziła się z jednorożcem w jednej kwestii: należało to przedyskutować z Blue.

Jednym czynnikiem, którego nie brał pod uwagę, był wiek Xandera... nie powinno to stanowić żadnego problemu, bo młodszy ogier nie był dzieckiem i potrafił sobie poradzić... ale medyk miał przeczucie, że zebra nie ma zbyt wiele doświadczenia. To przeczucie zyskało potwierdzenie w jego reakcji na proponowane zadanie. Na pewno trzeba było wszystko przedyskutować z Blue. Sharp westchnął w myślach. Ani trochę mu nie pasowało przywództwo w tej sytuacji. Zwłaszcza nie nad grupą niewiadomych.

Nie zdołał zapanować nad sobą, gdy młodszy ogier podał mu kilka ziaren kawy. Spojrzał wyraźnie rozszerzonymi oczyma na zebrę. Coś mu w tym nie pasowało. Ziarna wyglądały, jakby były w dobrym stanie, co było dość rzadkie na Pustkowiach. Chyba, że w tej części było inaczej, co też mogło być powodem, dla którego Xander ot tak mu dał trochę. Nie wiedział, jak to zinterpretować. Złapał ziarna w pole telekinetyczne i podniósł z kopyta najnowszego członka karawany.

- Dzięki... - odezwał się medyk, nie wiedząc, co innego powiedzieć - masz rację, wracajmy do reszty - dodał, bez większego celu w swojej wypowiedzi i ruszył za zebrą, z powrotem do wnętrza obozu. Ziarna schował do swoich juków. Kto wie, może nawet je wykorzysta tej nocy? Kawa była dla niego dość rzadkim luksusem, ale mogła pomóc w walce z myślami o następnym dniu.
Matematyka wcale nie jest trudna. Po prostu jesteś debilem.
Jednorożec z ewidentnym zdziwieniem wziął ziarna kawy które Xander mu podał. Usłyszał krótkie: – Dzięki… - ale nawet to było dla niego miłe. Potem ruszył w stronę ogniska i kubeczka ciepłej kawy która już tam na niego czekała. Ciekawe dlaczego się tak zdziwił gdy mu dałem te ziarenka. Fakt że czasem ciężko znaleźć te kilka które nadal do czegoś się nadawały. No ale, w większości starych biurowców była kuchnia bądź stołówka a w niektórych to niemal na każdym piętrze było małe pomieszczonko kawiarniane. Cóż, ja zazwyczaj miałem dużo czasu, więc przeszukiwałem szafki w takich miejscach. A może po prostu miałem szczęście i kawa jest cenniejsza niż mi się wydawało.

Po drodze rzucił tylko przelotne spojrzenie na White leżącą na ziemi. Och, no pięknie. Kurczę, chciał bym jej pomóc ale po tamtym jej przytulasie, to nie wiem co innego mogła by zrobić. Kto wie co by jej mogło strzelić do głowy… Chyba wolę nie ryzykować… Ech, wybacz White, ale chyba będziesz musiała sobie poradzić sama.

Ponownie ruszył wolnym krokiem w stronę ogniska. Kiedy był już przy nim, położył się, wyciągną z juku haczyk zrobiony z pręta i podciągną do siebie kubeczek z kawą. Postawił puszkę z napojem pomiędzy przednimi nogami. Chwycił nimi puszkę a dzięki płaszczowi nie odczuwał aż tak ciepła od niej bijącego. Nachylił się do metalowego naczynia i wziął drobny łyk by sprawdzić jaką temperaturę ma napój. Nadal był nieco za gorący. Młodzik zaczął więc delikatnie dmuchać by go ochłodzić.

Kiedy czarny napar ostudził się do temperatury w której nie trzeba było się martwić o możliwość poparzenia się, Xander zabrał się za powolne jego picie. Brał co jakiś czas drobne łyki kontemplując gorzki smak swojej kawy i nie tylko. Cóż, jak na razie jest całkiem nieźle. Trzy osoby wiedzą kim naprawdę jestem, niestety jedna nie do końca była zamierzona. Żeby też White nie zrobiła czegoś głupiego gdy wytrzeźwiej i wszystko do niej dotrze. No ale, na razie nikt mnie jeszcze nie próbował okraść ani zabić… Więc jest nieźle.

Teraz trochę cięższa sprawa… Ta misja. Raczej umiem się skradać, przecież nie dawałem się zauważyć, chyba że sam chciałem się pokazać. Ale misja zwiadowcza to już inna liga, będę musiał przy tym wytężyć wszystkie zmysły. Na pewno też musiałbym ograniczyć wagę do minimum, czyli zostawić gdzieś tutaj swoje graty. Strzelbę niestety także bo jest piekielnie głośna nawet pomimo tych kryształów tłumiących. Więc zostają mi tylko moje ostrza i pistolet, ale przecież nie mam zamiaru tam walczyć. Skoro miał bym iść z Blue, to mógł bym też olać ten płaszcz. Jest długi, nieporęczny w biegu, i szura po ziemi.

Nie mam w tym wszystkim dużego doświadczenia więc będę musiał się całkowicie podporządkować Blue. Czyli praktycznie będę musiał zawierzyć jej swoje życie. Cholera. Ale twierdziła że przeżyła w Fillydelphii… Słyszałem że to piekło… A skoro ktoś przeżył w piekle, to powinien poradzić sobie z taką misją, chyba. Ech, to nadal jest cholernie trudna decyzja. Chociaż i tak ostateczny głoś zabierze w tym wszystkim niebieska klacz, zobaczymy co ona o tym wszystkim powie.

Ech naprawdę chciał bym by przynajmniej taki stan rzeczy chwilę trwał. Jest nawet… miło, że aż pozwolę sobie użyć takiego słowa. Ale znając moje szczęście do kucyków i to jak bardzo pustkowia uwielbiają patrzeć jak cierpię… to ten stan nie potrwa długo. Ciekawe jak teraz by się to skończyło… Chociaż nie, raczej Sharp i Blue by nic nie zrobili, przynajmniej taką mam nadzieje. White, to nie wiem… A reszta przecież nie wiek kim naprawdę jestem… Chyba mogę się nieco uspokoić. Nieco…

Młodzik skończył swoje przemyślenia, oczyścił umysł i spokojnie dalej popijał drobnymi łyczkami kawę, szukając w niej poniekąd uspokojenia i by zyskać trochę energii…
Iron sprawdziła robota i z niesmakiem stwierdziła że to kupa gówna co spowodowało natychmiastowe porzucenie wraku. Iron przedreptała do pokoju z którego wyszedł robot i skrzywiła się na widok potężnych drzwi. Po szybkiej i chłodnej kalkulacji szans stwierdziła że to może być ponad jej siły jej kalkulacja potwierdziła się po zbliżeniu się do drzwi.

- Jak znam życie ruszenie tych drzwi sprawi odpalenie systemu samozniszczenia kompleksu a więc je sobie odpuścimy na tą chwilkę... - Klacz popatrzyła na metalowe pudła i zabrała się do chciwego przeszukiwania skrzynek. Otwarła je i natychmiast zatrzasnęła, otwarła znów po namyśle i wyciągnęła proszek "Abraxo" po czym wycofała się z pokoju i sforsowała przeciwległe drzwi z bronią gotową do strzału.

(Ustalałem z Asdamem co było w skrzynkach: złom, złom, rura (nie taka) i Abraxo. Abraxo można ćpać.)
[Obrazek: cgnimLq.png]
Iron zdecydowała się wziąć szturmem drzwi położone naprzeciw pomieszczenia, w którym aktualnie była. Klacz podeszła do metalowej bariery i otwarła ją. Była gotowa na atak, celowała prosto w nowo otwarte przejście. Zza drzwi nic jednak nie zaatakowało. Spojrzenie do środka ujawniło, że za drzwiami mieściło się średniej wielkości, prostokątne pomieszczenie. Drzwi umieszczone były na krótszym boku prostokąta, co nadawało pomieszczeniu wygląd poszerzonego korytarza.

Oświetlenie pokoju dawała niewielka lampa nad drzwiami. Pozostałe wyglądały na zepsute.
Pod ścianami po obu stronach stały metalowe łóżka piętrowe o bardzo prostym i podstawowym wyglądzie. Oczywisty fakt, iż były skonstruowane z myślą o praktycznym zastosowaniu, już mógł dawać trochę do myślenia o przeznaczeniu pomieszczenia. Łóżek stało po 4 po każdej stronie, co dawało łącznie 16 miejsc do spania. Przy każdym meblu stała szafka przedzielona na 2 identyczne części, każda z osobnymi drzwiczkami. Większość szafek było zniszczonych, porozrywanych, lub po prostu przerdzewiałych. Trzecie łóżko po prawej stronie zawaliło się pod ciężarem czegoś niewidocznego pośród metalowych rurek w tym oświetleniu.

Na końcu pokoju, za łóżkami, stał metalowy stolik i kilka krzeseł. W rogu niedaleko stała lodówka. Na ścianie nad stolikiem wisiał niewielki kawałek tekturowej karty. Jedynym dającym się rozpoznać słowem było "Plan".



Sharp powrócił do obozu za Xanderem. Nie miał ochoty siedzieć przy ognisku. Najchętniej by poszedł na któryś wóz i poczytał książkę najbliższe parę godzin, ale wiedział doskonale, że w takiej sytuacji nie było miejsca na podobne zachcianki. Miał nawet bardzo konkretny pomysł, którą książkę by czytał... musiał fizycznie pokręcić głową, żeby skupić się na ważnych sprawach.

Położył się pod barykadą, obserwując w ciszy kuce przy ognisku.
Których było zdecydowanie za mało.
- A tamte gdzie znowu zniknęły? - mruknął pytanie w powietrze. Nie oczekując od powietrza odpowiedzi, doszedł do wniosku, że jest wiele powodów, dla których kuc mógł oddalić się od obozu na krótką chwilę. Powodów, dla których dwa kuce miałyby się od obozu oddalić, było mniej, ale wciąż jakieś istniały. A póki wrócą całe i zdrowe, żeby pełnić wartę w wyznaczonych godzinach, a potem pracować w dzień, nie powinno go to w zasadzie obchodzić.

Upłynęła mu chwila czasu na rozmyślaniu, gdy podeszło do niego dwóch najemników, którzy zaoferowali zaopiekować się brahminami. Efektem podejścia była krótka rozmowa między trzema ogierami. Dokładniej rzecz ujmując, rozmawiali we dwóch, a młodszy z ocalałych "ochroniarzy" karawany w ogóle się nie odzywał.
Po chwili najemnicy odeszli w kierunku swojego miejsca pod wozem, po drodze zaglądając na jeden z wozów i porywając jakieś bliżej niezidentyfikowane toboły. Sharp obserwował, jak odchodzili. Jemu też przydałby się sen. Ale na to jeszcze nie mógł sobie pozwolić.

Ściemniało się szybko, ognisko pośrodku obozu zaczynało być jedynym źródłem światła. To stawiało ich przed dylematem. Ogień w nocy zazwyczaj trzymał większość zwierząt z daleka, ale mógł przyciągnąć inne kucyki, niekoniecznie o pokojowych zamiarach. Medyk szczerze wątpił, żeby na środku pustyni znalazła się tak szybko kolejna grupa bandytów... ale optymizm był chorym sposobem myślenia i każdy, kto trochę pożył na pustkowiach doskonale to wiedział. A atak w środku nocy na to obozowisko skończyłby się masakrą.

Ogier zdecydował, że zostawi tę decyzję kucom i zebrze pozostającym przy ognisku. Noc zapadała szybko, a to oznaczało, że trzeba obudzić Blue. Dalej mu się nie podobał ten plan, ale klacz pewnie i tak ustawiła sobie system budzący na swoim PipBucku, a wolał ją zbudzić osobiście i przedyskutować parę rzeczy. A zwłaszcza kwestię Xandera i jego roli w planie. Dodatkowo jego przyjaciółka mogła wiedzieć, gdzie podziała się Starweave, której od jakiegoś czasu nie widział. A z jakiegoś powodu wątpił, żeby oddaliła się od obozowiska sama i jeszcze nie wróciła, mimo zapadających szybko ciemności.

Podchodząc do wozu, na którym była Blue, rzucił okiem na White leżącą na ziemi. Nie chciałby być na jej miejscu. Zwłaszcza następnego ranka. Jeżeli ona ma jutro coś zrobić, to muszę znaleźć to zaklęcie, przemknęło ogierowi przez głowę. A potem dotarł do wozu i wszedł do środka.

W tymże środku znalazł nie jednego, a dwa kucyki. Zorientował się, że mógł to sprawdzić za pomocą EFSa, ale kompletnie zapomniał o jego istnieniu podczas rozmowy z zebrą. Niezależnie od tego, jak bardzo by teraz oskarżał się o głupotę, cały czas istniał następujący problem: Blue leżała przytulona do Starweave. Przynajmniej nie trzeba będzie szukać tej drugiej.

Sharp pokręcił tylko głową i stwierdził, że musi zaryzykować zbudzenie też drugiej klaczy. I tak ma pełnić z nim pierwszą wartę. Co prawda zbudzenie jej z czegoś, co wyglądało na głęboki sen raczej nie zapowiadało dobrych relacji w czasie wspomnianej warty, ale na Pustkowiach nic nie jest idealne.

Medyk szturchnął lekko kopytem leżącą klacz.
- Blue. Czas wstawać - powiedział tylko normalnym głosem. Gdy to nie nagrodziło go zbudzeniem leżącego kucyka, powtórzył proces. I tak do skutku.
Matematyka wcale nie jest trudna. Po prostu jesteś debilem.
Było ciepło, wygodnie i spokojnie. Więc jak to zwykle bywa, ktoś musiał ją kurwa zacząć szturchać. W tej sytuacji Blue mogła zrobić tylko jedno, wtulić się mocniej w ciepłą poduszkę którą trzymała w kopytach i mieć nadzieję, że szturchanie się zaraz komuś znudzi. Gdy to nie pomogło, otworzyła ona usta i powiedziała pierwszą rzecz jaka przyszła jej do głowy.

- Mamo.. nie chce mi się wstawać... Jeszcze pięć minutek... - wymamrotała mając nadzieje że to pomoże i dostanie te magiczne „5 minut”.

Lecz i to nie pomogło, szturchanie nie zostało zaprzestane. Blue wyciągając głowę z poduszki, zwróciła ją w kierunku kuca który ją szturcha. I w tym momencie dotarło do niej, że nie leży w swoim łóżku w stajni, że nie trzyma w kopytach swojej poduszki i, że to nie mama ją budzi bo musi iść do roboty. Z oczami wlepionymi w Sharpa i kopytami cały czas oplecionymi wokół Star, mogła zrobić tylko jedno.

- To nie jest to, na co wygląda...
[Obrazek: signature.php]
Wnętrze pomieszczenia było dosyć ciasne i kiepsko oświetlone. Wypełnione różnej wielkości deskami nierówno poopieranymi o ściany. Drzwi do kolejnego pomieszczenie było całkowicie zastawione sporą ich ilością. Starweave zdjęła torbę wiszącą na ścianie, zarzucając ją przez grzbiet. Następnie przy pomocy swojej telekinezy, otworzyła klapę w podłodze na środku pomieszczenia.

Sen trwał dalej, a Starweave biegła teraz środkiem dużego wydrążonego w skałach tunelu. Zbyt długiego i wielkiego, aby mógł on być częścią piwnicznego kompleksu miasteczka. W istocie było to coś znacznie większego. Co jakiś czas, jednoróżka mijała skrzyżowania gdzie inne tunele przecinały się z tym, którym Star cały czas biegła gdzieś w głąb podziemi. Niektóre z tych tuneli miały tory, a jeszcze rzadziej, gdzieniegdzie stał na nich pusty wagonik.

W końcu tunel zaczął się robić coraz węższy, aż Star minęła coś co przypominało bramę zamkową, podobną do tej z baśniowego zamku królewskich sióstr. Ta jednak nie była ani trochę, „baśniowa.” Była wykonana raczej z zamysłem jak najwytrzymalszej i jak najtańszej, co czyniło z niej jedną wielką gęstą, żelazną kratę. Za nią znajdowała się wielgachna jaskinia, a w niej wielki, gigantyczny szyb, z rusztowaniami, linami, kubłami, kołowrotami i innymi wszelkimi pierdołami poosadzanymi po jego krawędziach, które miały być dla kucyków użyteczne przy wydobyciu klejnotów.

Mimo iż nie było tam żadnego źródła światła, z jakiegoś powodu Starweave mogła bez żadnego problemu dostrzec wszystko, począwszy od sufitu, aż po dno usianego klejnotami szybu, które lekko migotały niczym gwiazdy na wieczornym niebie. Po bocznych ścianach tejże jaskini było widać wiele innych bram z tunelami za sobą. Starweave obejrzała się za siebie patrząc w głąb tego z którego właśnie przybyła. Tam jedynie było ciemno. W istocie klacz spoglądała tak przez kilka sekund w bezkresną ciemność.

Z głębin tego jak by się wydawało bezdennego mroku wyłonił się głos, nie zbyt agresywny, ale raczej pewny i stanowczy. Powiedział: „Już czas.” Starweave momentalnie zerwała się z powrotem na równe kopyta, po czym uderzyła jednym z nich w dźwignie przy kołowrocie bramy. Ta momentalnie opadał na dół, odcinając klacz solidną kratą od ciemności. Mimo tego głos nie ustąpił, i dalej zdawał się ciągle powtarzać w kółko swoje krótkie zdanie. Starweave udałą się w kierunku następnej bramy, a gdy tylko tam dotarła, kolejny zwolniony kołowrót zakręcił się rozpędzony przez opadającą kratę.

Z każdą następną zamkniętą bramą, głos stawał się coraz bardziej natrętny, a Starweave zamiast się bać, coraz bardziej zaciekła w sowich działaniach, aby odciąć pełen klejnotów szyb od świata zewnętrznego.


Zaraz po reakcji Blue, atramentowa klacz wyprężyła się lekko, rozciągając w ten sposób mięśnie karku. Czemu towarzyszyło przyjemne mrowienie i charakterystyczny świergoczący dźwięk, ciężko uciekającego przez nos powietrza. Zaraz po tym, na bardzo krótką chwilę nieznacznie otworzyła ona swoje oczy, właściwie tylko je mrużąc. Nie ważne ile zdołały one zarejestrować. Starweave nie kontaktowała prawie wcale, może tylko nieznacznie zbliżając się do granicy światów.

- Nie, bo on ukradnie mi moją kopalnie. – Powiedziała, wciąż mocno ospałym głosem. Po czym poprawiła nieco swoje ułożenie, bardziej wtulając się w Blue, zamiarem kontynuowania śpiochowania.
Klacz była szczerze zaskoczona tym ze nic nie chciało jej zeżreć ani zgwałcić lub jedno i drugie. Iron przyzwyczaiła wzrok do gorszego światła i rozglądnęła się po pomieszczeniu które napełniło ją chwilowym niepokojem. Pomału obiegła wzrokiem pomieszczenie i poczuła nagłe ukłucie zaciekawienia na widok stertki rurek, pomału podeszła i po szybkich oględzinach doszła do wniosku że to szkielet.

Gdy przyjrzała się lepiej dostrzegła strzykawkę obok kości którą podniosła i dokonała oględzin. W głowie szybko kalkulowała co mogło w niej być i finalnie popatrzyła na stertę - Skurwysyn... mi nic nie zostawiłeś? Z resztą chwalmy tych co odeszli, bla bla bla... - zostawiła strzykawkę po czym zaczęła przeglądać ruiny szafek - Więc mówisz że mieszkałeś tu z kumplami? Szmat cholernego czasu musiał minąć...

Gadając do dawno martwego kucyka Iron spokojnie przeglądała szafki, kąty pomieszczenia, materace a na sam koniec ostrożnie by się nie rozpadł ściągnęła plan z ściany i rozłożyła go na biurku. Desperacja wzięła górę nad rozsądkiem i klacz zaczęła wnikliwie przeglądać kartę próbując cokolwiek z niej wydobyć.

(to co zostało znalezione w rurkach zostało obgadane z Asdamem)
[Obrazek: cgnimLq.png]
Klacz niezrażona, bo niby czemu, obecnością trupa, zabrała się do przeszukiwania pomieszczenia.
Przeszukanie szafek nie dało jej niczego owocnego. W większości przegnite pliki papieru, połamane kawałki plastiku i trochę metalu. W jednej znalazła coś wyglądającego na zabawkę dziecięcą, plastikowy samochodzik, ale po próbie podniesienia rozpadł się na kilka kawałków, widać wcześniej sklejony kiepskiej jakości klejem.

Kąty pomieszczenia nie ujawniły nic ciekawego. Dopiero gdy klacz wzięła się za metodyczne przeszukiwanie materacy okazało się, że Pustkowia jednak czasem nagradzają dokładność. Pod jednym ze wspomnianych materacy znalazła w foliowej torebce zachowany w całkiem dobrym stanie, jednakowoż kiedyś często przeglądany, Wingboner Magazine. Z okładki spoglądała na nią klacz w mocno sugestywnej pozie, wraz z tytułem jednoznacznie wskazując na zawartość magazynu.

W końcu Iron wzięła się za biedną kartę wiszącą na ścianie. Niezależnie co próbowała zrobić, oględziny kawałka tektury nie dały nic prócz rozerwania karty, przecinając w pionie literę "a".



Sharp zauważył szybko, że Blue dochodzi do świadomości. Zignorował pierwsze słowa swojej przyjaciółki, świetnie słyszalne w cichym i zamkniętym wnętrzu wozu. Jemu też zdarzało się mamrotać pierdoły przy budzeniu się. Kontynuował więc szturchanie. Wreszcie niebieska klacz raczyła powrócić do świata żywych.
- To nie jest to, na co wygląda. - medyk nie mógł nie zaśmiać się lekko na ten komentarz. Może i Blue mówiła prawdę, ale czemu miałby to być w jakimkolwiek stopniu jego interes? Blue owszem, była niebrzydka, a nawet więcej niż to, ale nigdy nie wyrażała żadnego zainteresowania... ogier otrząsnął się z niepotrzebnych myśli.
- Wyplącz się z niej i wstawaj, mamy trochę rzeczy do omówienia - rzucił tylko.

Odpowiedziała mu Starweave, gadająca coś o kradzieży kopalni. Kucyk zdecydował się nie odpowiadać na to, jako iż nie wiedział nic o kopalniach i wątpił, czy klacz by go zrozumiała nawet gdyby było inaczej. Ruszył tylko łbem w ponaglającym ruchu, patrząc na Blue.
Matematyka wcale nie jest trudna. Po prostu jesteś debilem.
Iron wnikliwie studiowała kartonik próbując przepalić go wzrokiem i znaleźć coś ciekawego ale zamiast tego dokonała udanej destrukcji karty. Rzuciła ciężkie spojrzenie na szkielet i pomachała w jego stronę kartą - Nie wiesz co tu było napisane? Albo w ogóle czemu tu umarłeś sam? - Odpowiedzi się nie doczekała a więc przysiadła na krześle i posiedziała chwilkę myśląc. Po jakimś czasie odrzekła - Wiesz stary? Mogłabym tu mieszkać... - Po tych słowach odłożyła kartę na stół i pobieżnie przeglądnęła Wingboner'a stawiając sobie na cel zachować i nie dać nikomu tego magazynu za wszelką cenę. Potem ostrożnie i z nabożeństwem włożyła magazyn do juku.

Klacz podsumowała znajdki: Wingboner Magazine, Abraxo... właściwie tyle. Można by z całą pewnością dodać do tego samochodzik gdyby nie to że jego egzystencja została zakończona w brutalny sposób poprzez zakłócenie jego stabilnej formy. Zostawiła kartonik po czym wyszła z pokoju, zamknęła drzwi i z wielkim uśmiechem popatrzyła w stronę zabarykadowanych drzwi, pomalutku zbliżyła się do nich i wywaliła prowizoryczną barykadę (przy okazji sprawdzając czy nie ma w elementach barykady i pod barykadą czegoś ciekawego)

Chwila przystanku, drzwi stoją otworem... nic ich nie otwarło, nic ich nie zjadło, przebiło ani wysadziło... "Więc chyba można wejść" po tym jak to pomyślała to i wykonała.
[Obrazek: cgnimLq.png]




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 5 gości